Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Take Off [Gukga daepyo]

 

Korea Południowa nie ma skoczków narciarskich (upraszczając sprawę), ale ma film o nich. My mamy skoczka narciarskiego (może w nadchodzącym sezonie w końcu będzie okazja, żeby pełnoprawnie używać liczby mnogiej), a nie mamy o nim żadnego filmu. Mamy zdaje się książkę z autorem której ww. skoczek chciał się jakiś czas temu procesować (nie wiem co z tego wyszło).

Jest rok 1997. Koreańskie miasto Muju stara się o organizację igrzysk olimpijskich w 2002 roku. Komitet Olimpijski kręci nosem, że w Południowej Korei sporty zimowe są słabo rozwinięte. Short track, potem długo długo nic, a potem jeszcze mniej. Aby zwiększyć swoją szansę na zdobycie ZIO, KKoL postanawia założyć kadrę skoczków narciarskich. Od koncepcji szybko przechodzą do czynów i wkrótce czterech młodych chłopaków, którzy przeważnie do tej pory narty widzieli tylko w telewizji formuje ową kadrę. Jej liderem jest Bob, który dzieckiem będąc został adoptowany przez amerykańską rodzinę i teraz wrócił, aby odnaleźć swoją biologiczną matkę. A że przy okazji był w jakiejś tam amerykańskiej kadrze narciarzy alpejskich, to wydaje się, że powinien poradzić sobie również ze skokami. Rozpoczyna się trening przy użyciu wszystkiego, co leży dookoła i choć trochę przypomina rzeczy potrzebne do nauki skoków narciarskich.

Jak to się mówi po angielsku – „Take Off” to film losely based na prawdziwych wydarzeniach. W jego przypadku to „losely” jest very bardzo, bo w zasadzie większość faktów się nie zgadza. Specjalistą nie jestem, ale szybki poguglanie wskazuje na to, że zgadza się z grubsza tylko miejsce, które dzielna koreańska drużyna zajęła na olimpiadzie w Nagano, no i miejsce ich treningów – zimowy kompleks Muju. Przy odrobinie dobrej woli można uwierzyć też, że filmowi skoczkowie zmagają się ze słabym zapleczem treningowym podobnie do ich prawdziwych kolegów, ale ta odrobina dobrej woli musi tu być spora. W rzeczywistości kandydaci do kadry zostali wyselekcjonowani w wieku lat 10 i jednak trochę lepsze warunki do treningu mieli (zagraniczne wyjazdy, podpatrywanie najlepszych et cerata). W rzeczywistości też nie było żadnego Boba – postać ta oparta została na losach… shorttrackowca Toby’ego Dawsona vel Kima Soo-cheola aka Kima Bong-seoka, który na igrzyskach w Turynie wywalczył brązowy medal w swojej konkurencji. Background reszty skoczków też jest „taki sobie” – wszystko w myśl filmowej dramaturgii. A trzeba dodać, że miała ona sporą rozpiętość pełną łez, patosu i motywujących gadek – czyli wszystkiego, co potrzebne w sportowym filmie. Nie ma jednak co zbytnio narzekać na rozbieżności z rzeczywistością, bo koreańscy skoczkowie film widzieli i nie narzekali. Wot prawda czasu, prawda ekranu.

To, że nie ma na co narzekać, nie znaczy wcale, że „Take Off” jest dobrym filmem. Tak samo jak i to, że ma wszystko, co potrzebne sportowemu filmowi. Jest bowiem spora różnica pomiędzy robieniem laurki sukcesowi, a robieniem laurki przegranej. Nie pierwszy to film w historii kina sportowego, który na tym poległ („The Game of Their Lives” np.), więc osamotniony w tej kategorii nie będzie, ale przecież można poradzić sobie z tym, że nie robi się filmu o złotym medalu olimpijskim. Mowa oczywiście o „Cool Runnings”, który jako pierwszy przychodzi na myśl podczas oglądania „Take Off”. Różnica między jednym i drugim jest kolosalna – przyjemność z oglądania także. Choć biorę pod uwagę, że nie lubię azjatyckich komedii i to może mi przesłaniać całość – „Take Off” przez pierwszą połowę filmu jest komedią właśnie. A przez drugą próbą napisania historii na nowo przy użyciu pogwałcenia przepisów narciarskich skoków. To zdziwiło mnie szczególnie, bo w pierwszej połowie zostały one przedstawione jak należy. Mieliśmy wykład o odejmowaniu i dodawaniu 1.8 punktu po nie przekoroczeniu/przekroczeniu punktu K dużej skoczni itd. A potem? Cuda niewidy, w których w konkursie drużynowym skoczkowie jednego kraju skaczą jeden po drugim, a miejsca po każdym ze skoków zmieniają się absurdalnie.

No ale ostatecznie to film, więc dajmy spokój skokom narciarskim i zajmijmy się filmem. Pierwsza połowa znużyła mnie strasznie i szczerze mówiąc oglądałem dalej tylko po to, żeby znaleźć jakieś ślady Adama Małysza. Znalazłem, o czym na końcu, ale gdybym dobrze doczytał o czym będzie film to bym odpadł w przedbiegach. Myślałem, że finałem będzie olimpiada w Salt Lake City, gdzie Adam rządził. Niestety, finałem był olimpijski konkurs w Nagano, gdzie wciąż byliśmy tłem. Aczkolwiek zauważalnym, co udowodnię na końcu recki. Tak czy siak – gdyby nie chęć zobaczenia Polaków to film bym wyłączył po 40 minutach i do niego nie wracał. Miało być śmiesznie, ale nie było – a więcej atrakcji ta część filmu nie miała do zaoferowania. Potem oglądałem już z palcem na przewijaniu i choć mam wrażenie, że było dużo lepiej, to nie na tyle, żebym ten palec cofnął.

5(10), choć wydaje mi się, że to film tylko i wyłącznie dla Południowokoreańczyków, którzy w liczbie bodajże 8 milionów sztuk odwiedzili kina windując „Take Off” wysoko na liście all-time koreańskich hitów. Dla reszty świata (a to i tak wybranej, bo w skoki bawi się 15 krajów na krzyż) jedyną atrakcją filmu będą niezłe, choć często komputerowe, ujęcia narciarskich skoków.
(1025)

A teraz parę screenów. Oto Simonn Ammann, który został Austriakiem:

A oto niespełniona nadzieja polskich skoków narciarskich, klon brata Jerzego Dudka, Dariusz Dudek (zresztą niejedyny piłkarz na olimpijskiej skoczni – w drużynie Norwegii mignął mi jeszcze Kjetil Rekdal):

A tutaj największa wtopa w całym filmie (po sposobie rozgrywania i punktowania konkursu drużynowego), grafika z parami systemu KO Turnieju Czterech Skoczni. Wiedzieliście, że Schlierenzauer startował w Nagano? Miał wtedy osiem lat. (A Simon znów był Szwajcarem :) ).

Na tym screenie lepiej widać poronioną powyższą grafikę oprawy konkursu olimpijskiego. XVII ZIO Nagano 1998, Konkurs Czterech Skoczni, duża skocznia :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.