Silmido

W styczniu 1968 roku grupa północnokoreańskich komandosów wybrała się do Seulu w okolice Niebieskiego Domu (taki koreański Biały Dom), aby dokonać zamachu na południowokoreańskiego prezydenta Parka Chunga-hee (nigdy nie wiem, jak się odmienia koreańskie nazwiska). Misja prawie zakończyła się sukcesem, przy czym w tym przypadku to „prawie” zrobiło naprawdę sporą różnicę (tylko dla trzech z zamachowców misja przyniosła happy end, choć zapewne inaczej twierdzi rodzina jednego z nich, która została w Korei Północnej; a w zasadzie twierdziłaby, gdyby nie została zgładzona jako rodzina zdrajcy komunistycznej arkadii). Władze Korei Południowej postanowiły odpowiedzieć pięknym za nadobne. Na wyspie Silmido utworzono obóz treningowy dla 31 komandosów, którzy mieli przygotować się do zamachu na Kima Il-sunga (artysty lepiej znanego jako Kim Ir Sen), ówczesnego przywódcę Korei Północnej, ojca Kim Dzong Ila. Morderczy trening i niezbyt humanitarne warunki miały zapewnić przemianę w maszyny do zabijania zdolne do infiltracji Phenianu (darujmy sobie właściwą nazwę stolicy, bo jest bardziej skomplikowana, a może przyjdzie jej jeszcze użyć). A gdy padł rozkaz „do boju!” chłopaki wsiedli do łódek i… obejrzyjcie sobie film, nie będę spoilerował. Dodam tylko tyle, że cała akcja przez długi czas trzymana była przed opinią publiczną w tajemnicy, a wzrost zainteresowania nią nastąpił dopiero po premierze filmu „Silmido”, który był pierwszym w historii południowokoreańskiej kinematografii filmem, na który wybrała się ponad dziesięciomilionowa publiczność. Rekord ten został pobity dopiero przez „Tae Guk Gi„. Warto też dodać, że jako taki epilog całej sprawy miał miejsce całkiem niedawno, bo w maju tego roku w seulskim sądzie.

Nie jest do końca jasne, kto wchodził w skład 31-osobowego oddziału zwanego Jednostką 684 (nazwa od daty jego utworzenia: kwiecień 68 roku). Może byli to żołnierze, może ludzie zwerbowani z niedaleko położonych na stałym lądzie wiosek, może ochotnicy… Luźno oparty na prawdziwej historii film Kanga Woo-Suka stawia hipotezę, że byli to skazańcy z wyrokiem śmierci na karku, którzy dostali szansę na odkupienie win i powrót do społeczeństwa. Ot taka koreańska parszywa dwunastka razy trzy, której trzyletnie losy możemy poznać oglądając ten wart obejrzenia film. Niezależnie od tego czy lubi się filmy oparte na faktach lub jakie ma się zdanie o filmach z Korei Południowej. Ja, jak wiadomo, mam wysokie, ale nie sądzę, żeby to wpływało na jakikolwiek brak obiektywizmu. W końcu tuż przez „Silmido” zacząłem „Seven Days” z lostową Sun i po piętnastu minutach odpadłem (wspominam o tym, gdyby ktoś miał ochotę obejrzeć, bo raczej ja już całości nie zmęczę, więc i recki nie będzie). „Silmido” zaś oceniam na 8(10) i dodam tylko, że oglądający go ze mną Asiek uznał film za nudę. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że 1/4 oka go oglądała.

Jak przystało na jeden z największych kasowych sukcesów południowokoreańskiej kinematografii „Silmido” został nakręcony wedle najlepszych wzorców wymaganych przez przyzwyczajonego w amerykańskim kinie widza. Przy czym, choć w warstwie wizualnej niczym nie odstaje od swoich amerykańskich kolegów (nigdy nie uważałem porównywanie do produkcji z Hollywood za ujmę), to już w warstwie fabularnej historia podąża w dość niespodziewanym kierunku determinowanym przez prawdziwe wydarzenia. Z tego samego powodu film podzielony jest na dwie części. Pierwsza to typowe kino „parszywa dwunastka lookalike” z morderczym treningiem i muzą, której nie powstydziłby się Hans Zimmer, a druga to już ten ww. niespodziewany kierunek. Choć oczywiście, jeśli ktoś ma pojęcie o historii Korei Południowej, to nic tam niespodziewanego nie znajdzie – ja pojęcia o niej nie mam, to i kierunek podążania filmu okazał się inny. I dobrze. Bo dzięki temu „Silmido” nie jest tylko i wyłącznie kinem akcji, a także filmem o ludziach i kiepskiej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Filmem o honorze, przyjaźni, ciężkich wyborach itp., no ale to już domena w ogóle azjatyckich filmów. No i przyjemnie popatrzeć na produkcję, w której południowi Koreańczycy nie są tacy nieskazitelni i walczący o pokój pomiędzy dwoma Koreami. Jak każdy – także i oni mają pewne sprawy, które najchętniej zamietliby pod dywan.

No i generalnie mam wrażenie, że nigdzie poza Azją taki film nie mógłby powstać, więc to jeszcze jeden powód do tego, żeby go obejrzeć.
(1024)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.