Istota [Splice]

Nie znam drugiego takiego aktora, któremu tak wiele dobrego przyniosłoby zdobycie Oscara. Zdania o Adrienie Brody nie zmieniam – nie lubię go i uważam go za przeciętnego aktora, ale fakt pozostaje faktem. Przed „Pianistą” grywał w różnych pierdach na miarę swojego talentu, a zdobyty Oscar sprawił, że aktualnie gra we wszystkim. Filmach cichych, filmach głośnych, filmach kinowych, filmach prosto na DVD, filmach bzdurnych, filmach poważniejszych, filmach zahaczających o chyba każdy gatunek filmowy itd. Ledwo z kin zeskoczyła „Istota”, a już wskoczył „Predators„. A między tym wszystkim premiera przeznaczonego na DVD remake’u niemieckiego „Eksperymentu”. I to wszystko dzięki jednej statuetce.

Tak jak Oscar stał się szczęściem Brody’ego, tak przekleństwem Vincenzo Nataliego został „Cube”. Głośny film oparty na genialnie prostym pomyśle, na który można kręcić nosem, że wbrew pozorom jest matematycznie naiwny (nawet ja, noga z matematyki, dziwiłem się, gdy bohaterowie filmu zastanawiali się dłuższą chwilę nad tym, czy liczba kończąca się parzystą cyfrą jest liczbą pierwszą), ale któremu nie można odmówić genialności. A przynajmniej ja mu jej nie odmawiam, bo uważam, że właśnie na takie z pozoru proste pomysły wpaść najtrudniej. I jestem pod wrażeniem tego, że kolorowy żel sprawił iż film, którego akcja dzieje się w wielu sześcianach nakręcono w całości w jednym – to również składa się na genialność pomysłu na „Cube”. Pomysłu, który niestety stał się przekleństwem Nataliego – no bo jak nakręcić coś lepszego? Jak wymyślić równie prosty i genialny pomysł, kiedy to takie trudne i wielu reżyserom zajmuje dopiero kilka filmów, aż dojdą do tego momentu, w którym Natali był znalazł się wraz ze swoim debiutem? „Istota” tylko udowadnia, że prawdopodobnie jest to niemożliwe. No ale daj Boże takie przekleństwa, które umożliwiają kręcenie kolejnych filmów. Nawet tak przeciętnych jak „Istota”.

Nie trzeba być naukowcem, żeby domyślić się, jak skończy się majstrowanie z Matką Naturą. Jednak dla dwójki biochemików granych przez Brody’ego i Sarę Polley (polej, Sara! :) ) pokusa pomajstrowania w genetyce (czy, w czym oni tam majstrowali) była silniejsza od zdrowego rozsądku. Postanowili więc połączyć DNA człowieka i kilku zwierząt (podobno nie było wśród nich drapieżnika, więc nie wiem skąd skorpioni ogon :P) i w ten sposób powstała ona – tytułowa istota. Istotę trzeba było zamknąć w odosobnieniu, bo była wynikiem nielegalnego eksperymentu. Eksperymentu, który wcześniej czy później musiał wymknąć się spod kontroli.

Film z gatunku „ani ziębi ani parzy”. Podejrzewam, że dla biochemików i innych magików od DNA „Istota” to niezła beka, ale przecież to film dla normalnych ludzi jest a nie dla naukowców 😉 Punktem wyjścia do niego są eksperymenty genetyczne, ale tak naprawdę to we wszystko trzeba uwierzyć na słowo, bo w zasadzie nic nie wiadomo co, jak i dlaczego, a widać tylko efekt końcowy. Wzięlimy i zrobilimy istotę, wystarczyło zmienić kasetę w magnetofonie (nadmiar nauki też byłby usypiający, ale bez nauki w ogóle, trudno uwierzyć, że bohaterowie filmu są naukowcami – generalnie dość marnie zostali zarysowani w ogóle). To samo badania nad nią, które wyglądają dość zabawnie (obiekt zjadł i teraz położył się spać – co ciekawe filmowa istota, choć dla niej jeden dzień to tak jak dla ludzi tydzień/miesiąc, to najwyraźniej sypia w tych samych porach co ludzie 😉 ). Jeśli więc oczekujecie, że czegoś po filmie się dowiecie, to nie oglądajcie, bo niczego się nie dowiecie. Jeśli zaś baliście się, że dużo naukowego bełkotu w nim będzie, to śmiało możecie oglądać, bo nie ma go prawie wcale.

A co jest? Hmm, trudne pytanie. Tak naprawdę to wiele tu nie ma poza poprawnym filmem i poprawnie przeprowadzoną narracją. „Istotę” ogląda się dość sprawnie i czas podczas seansu leci szybko, ale zapomnijcie, że czeka was podczas oglądania jakieś zaskoczenie, zdziwienie, czy choćby przestraszenie. Nie ma tu absolutnie nic zaskakującego i wszystko, co dzieje się podczas półtorej godziny seansu jest łatwe do przewidzenia i spodziewane. Nie znaczy, że złe, bo w sumie cóż innego wydarzyć by się mogło, ale może po prostu trzeba było znaleźć jakiś inny pomysł na film niż przenosić na ekran ten właśnie. Bo „Istota” pozostaje w takim zawieszeniu dokładnie w środku niczego. Ani to horror, ani to thriller (no najbliżej mu do thrillera s-f chyba), ani to komedia, ani to sensacja, ani to nie wiadomo co. To taki po prostu film, a to za mało, żebym mógł dać więcej niż 5/10.
(1003)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl