Jutro będzie futro [Hot Tube Time Machine]

Po zakończonym seansie rozbawiona Asiek spojrzała na mnie i mina Jej zrzedła. „Nie podobało ci się?” zapytała. Minę miałem obojętną i zgodnie z prawdą odparłem: „Nie no, może być. Ani szał, ani beznadzieja. Ot takie 3+). Aśkowi podobało się na wyższą ocenę. Uznała, że film jest zdecydowanie lepszy od „Kac Vegas„, z czym zgodzić się nie mogłem, choć „Kac…” też we mnie większych emocji nie wzbudził.

Grupa kumpli przy pomocy jacuzzi czasu cofa się do przeszłości. Mogą zrobić to, co było marzeniem wujka Rico i znów znajdują się w czasach, w których byli młodymi bogami i mogli robić wszystko, co tylko dusza zapragnie. Możliwości są więc ogromne, choć nasi bohaterowie prędzej chcą wrócić do świata alkoholizmu, alimentów i innych niedogodności dorosłości niż rozkoszować się możliwością zmiany tego i owego w swoim życiorysie. Anyway, trwa wesoły weekend w górskim pensjonacie, a oni znów mają po naście lat.

Nostalgii za latami osiemdziesiątymi ciąg dalszy. Wracają bohaterowie tamtego kina, wracają w końcu tamte czasy. Pomysł na film jest prosty i wydawało się, że to samograj i materiał na świetną komedię. Wyszło niestety przeciętnie, za co do końca nie wiem kogo winić. Pewnie jak zwykle scenarzystę (kilku chyba było), którzy ani nie sprawili, że polubiłem głównych bohaterów, ani nie zarzucili mnie tekścikami do powtarzania zataczając się śmiechem, ani w końcu nie wykorzystali nawet połowy potencjału, jaki tkwił w koncepcji przeniesienia się w lata 80. ubiegłego wieku. Gdyby nie walkman na pierwszym planie przez parę sekund, „Red Dawn” w telewizji przez następnych kilka sekund, no i śmieszne fryzury i ubrania (choć wcale nie aż tak śmieszne, żeby dzisiaj nic z tego nie założyć), to nawet bym się nie zorientował, że to trzydzieści lat wstecz. Zmieniło się tyle, że zdewastowany pensjonat nagle zatętnił życiem i tyle zmian. Gdybym miał porównywać na podstawie tego filmu rok 2010 i 1980 to orzekłbym, że różnicy wielkiej nie ma. A przecież nie tego się spodziewałem po zwiastunach – nie pomogło nawet wepchnięcie ikony lat 80. Chevy’ego Chase’a i George’a McFly’a z „Powrotu do przyszłości”. Ot taki sobie smaczek i tyle.

Taaak, zdecydowanie scenariusz nawalił i jeszcze w montażu jakoś tak wszystko do kitu poukładali, że nagle nie wiadomo skąd „badgaje” analizują i interpretują puszkę z napojem, potem na pół filmu znikają i znów z dupy wraca ich wątek itd. Widać było też, że „boli” pomysł przenoszenia się w czasie wanną. Niepotrzebnie kombinowali i próbowali to jakoś uzasadnić i zrobić z tego twista z tajemniczym wannooperatorem. Po co? Pomysł był na tyle głupi, że jedynym rozwiązaniem byłoby przeniesienie się w czasie bez przydługich wstępów i korzystanie ze wspaniałych możliwości, jakie dawał nowy czas akcji. I jestem pewien, że byłoby lepiej. A tak to gdybym miał drugi raz oglądać jakiś film o latach 80. to wybrałbym „Od wesela do wesela”.

Obejrzeć można, ale szału nie ma. Jest za to kilka zbyt obleśnych żartów, których nie akceptuję w filmach przeciętnych. Jeśli film oferuje mi przednią zabawę, sympatycznych bohaterów, których lubię i skrzące żartem dialogi, to wybaczam parę puszczonych pawi (choć wolałbym, żeby ich nie było). Jeśli jednak film jest przeciętny, to wszelkie oblechy jeszcze bardziej zaniżają ostateczną ocenę.

Łojezu, mecz się już zaczął, a ja jeszcze stukam? KONIEC! KONIEC! Nawet, jeśli nie wszystko napisałem, co chciałem. OAO…
(993)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.