Lost – 6×15 – Across the Sea

– A cóż to za początek? Alternatory na Wyspie, która wyłoniła się z powrotem spod wody? Pewnie nie, ale jak trafię takim niemożliwym strzałem to już w pierwszym myślniku wyjdzie na to, że jestem zajebisty 😉 A jak nie to trudno – przecież nikt z Was nie pomyśli, że strzelałem tylko po to, żeby a nuż być uznanym za zajebistego. Heelloołłł.

– I okazuje się, że ta kobieta jest w ciąży! – Tak, tak? i co dalej? Co dalej? – I wybiega ten pies, który liże ją po twarzy i okazuje się, że to pies dingo. I że to Australia…. Nie wiem skąd ten wielki pokład ironii wydobytej ze mnie przez te kilka sekund odcinka, ale jakoś tak przypomniało mi się to:

Uwielbiam tę scenę. Szkoda, że potem film się kiepści.

– A może ją Posejdon pstryknął i teraz Jacoba urodzi? Albo tego drugiego.

– Znam skądś te Pocahontas 40 lat później! Tylko skąd… Uuuueee z „Juno„. Myślałem, że bardziej spektakularnie.

– Czy obcy język może brzmieć jeszcze bardziej sztucznie?

– Byłoby fajnie, gdyby Adam i Ewa okazali się Ewą i Ewą, ale to chyba już dawno wykluczone.

– Nie spodziewałem się jeszcze w pierwszych trzech minutach wyraźnego wyartykułowania lostowego motto: „Nie pytaj się o nic, bo każda odpowiedź zrodzi kolejne pytanie”. Tylko czemu scenarzyści nie pamiętają o tym motto.

– A tak, jeszcze nie minęło nawet trzy minuty odcinka.

– Nie znam się na porodach, ale to raczej śmiechowe, że „akuszerka” dziwi się, że rodząca urodzi jeszcze jedno dziecko widząc, że dalej ma brzuch jak balon? Dziwne zdanie… Ale czysty się ten Jacob urodził (brachol też). Normalnie jakby go z każdego innego miejsca wyciągnęła tylko nie z… no wiecie :)

– A brzuch dalej napompowany. Urodzi wszystkich lostowiczów czy jak?

– O masz, cały odcinek będzie o nich? Jakoś się przeżyje byle tylko nie skupili się na półgodzinnej łopatologii „białe jest białe, a czarne jest czarne”.

– Cały Lost z powodu szajbniętej matki? Ostro.

– Przez chwilę szajbnięta matka wyglądała jakby nie miała rąk. Już miałem gotowy komentarz i nawet stosowny filmik. A co tam! Szkoda, żeby się marnował:

– Może się nie znam, ale dobrym początkiem do tego, żeby nikt nie znalazł najcieplejszego światła ever byłoby przykrycie go jakąś plandeką.

– Hehe, coś tam dzisiaj ols blipował, że w Agorze prądu nie mieli. Niepokojąco układa się to wszystko w sensowną całość.

– Nuuudaaaa.

– U nas na Ziemi też jest sporo miejsc, w którym metal zachowuje się dziwnie:

– Zmarnują całe 40 minut odcinka, czy tylko z pół godziny?

– Przychodzi fałszywa matka Jacoba i Man in Blacka do sklepu i mówi:
– Poproszę kilo marchwi.
Ekspedientka odpowiada:
– Nie ma.
Fałszywa matka Jacoba i Man in Blacka wali z całej siły ekspedientkę kamieniem w skroń.

– Lostowy łańcuch zdarzeń: łażą nocą boso po lesie -> potem mają katar -> potem widzowie mają setki tysięcy teorii na temat tego kataru. A tymczasem to tylko katar.

– „Teraz ty i ja jesteśmy tacy sami” i w tym momencie Jacob powinien ją pacnąć kamieniem.

– Szajbnięta matka z bazooką to podwójnie szajbnięta matka.

– Skin umiera, smród zostaje 😉 A może to o punka chodziło… Łotewer. Sedno to samo.

– No niestety, całe 40 minut postanowili zmarnować. Końcówka fajna, ale tak to przeciągali, że nie dało rady, żeby się nie uśmiać. No ale trzeba było wyraźnie powiedzieć „Adam i Ewa”, bo króciutki flash z pierwszego sezonu mógłby nie wszystkim wystarczyć do załapania ococho.

– Najgorszy odcinek szóstego sezonu za nami. Za tydzień będzie lepiej.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl