La Horde aka The Horde

Ładny tytuł, ładny plakat

a film denny. No może nie zupełnie denny, ale denny na 3+(6). I jeśli osiągnął w czymś mistrzostwo świata to w bohaterach strzelających do zombiaków z uporem maniaka wszędzie tylko nie w łeb. Ja wiem, że to mankament właściwie każdego filmu o zombiakach, ale tu było to wyjątkowo wkurzające. Tak na oko licząc to stosunek kul wystrzelonych w resztę ciała do kul wystrzelonych w głowę wynosi tu jakieś 500:6.

Czworo policjantów wyrusza nie wiedzieć czemu do opuszczonego i zdewastowanego wieżowca, by tam pozabijać bez litości każdego napotkanego po drodze gangstera należącego do bandy, która nie do końca wiadomo co zrobiła, żeby zasłużyć sobie na taki los. Chyba kogoś im porwała, ale nie wiadomo czemu. Nagle, nie wiedzieć czemu wszędzie dookoła wybuchają pożary i w ogóle apokalipsa wg świętego Jana. Trzask prask i nie wiedzieć czemu zdewastowany wieżowiec otacza tytułowa horda złożona z szybkich i krwiożerczych zombiaków. Uwięzieni w budynku gliniarze i przestępcy zostają zmuszeni do połączenia swoich sił, aby przeżyć do świtu. A łatwo nie będzie, bo co postój wkurzają widza i się ze sobą kłócą zamiast zająć się najważniejszym.

Uwierzcie lub nie – cztery osoby ten scenariusz pisały.

Nie jest dobrze, gdy ma się w dupie głównych bohaterów filmu. Film zawsze zyskuje na wartości, gdy zginie w nim ktoś, kogo lubimy. Niekoniecznie jest to wartość czysto filmowa, ale z pewnością sam film dłużej zostaje w pamięci widza, który przejął się koniecznością pożegnania z kimś, kto był mu w jakiś sposób bliski (do dzisiaj przeżywam, że zabili wesołego blondasa w „Uncommon Valor” – swoją drogą tyle razy ostatnio przypominam ten film, że może czas bym i ja go sobie przypomniał…). A jest zupełnie niedobrze, gdy mamy do czynienia z sytuacją odwrotną – trzymamy kciuki, żeby w końcu ktoś zabił wkurzające nas postaci. Cała obsada „The Horde” z grubsza taka właśnie jest, a skoro nie jest możliwym, by przez półtorej godziny filmu kogoś mordowano (możliwe jest, ale jeszcze czegoś takiego nie widziałem), to już sobie możecie wyobrazić ile trzeba przecierpieć w towarzystwie tych niemiłych ludzi, którym nie wiadomo o co chodzi i nic tylko by się kłócili uzupełniając te kłótnie wymownymi nigeryjskimi spojrzeniami i rzucając nieśmiesznymi tekstami. No ogólnie coś tam mówiąc, bo tekstami (mimo czterech scenarzystów) to za bardzo nazwać nie można.

No to czym się może obronić taki film, żeby zasłużyć aż na 3+. Ano krwawą rozpierduchą. I pod względem tejże nie jest źle, choć film długo się rozkręca i pierwsze rozpierduchy nie są zbyt efektowne jak na możliwości Francuzów, którzy ostatnimi czasy zasmakowali w makabrze dającej im szybko przepustkę do Hollywood. Im dalej w film tym lepiej, ale też żeby było się czym podniecać to nie powiem. Trup się ściele gęsto i kończyny fruwają z impetem, ale jakoś tak nic specjalnie interesującego w tym nie ma. Choć, owszem, doceniam że końcówka filmu to naprawdę solidna rzeźnia choć nie wybijająca się ponad to, co można było już zobaczyć w wielu filmach. W zasadzie z takich mocniejszych to jest tu tylko jedna scena stworzona na obraz i podobieństwo słynnej sceny z gaśnicą z „Nieodwracalnych”, ale i ona została spieprzona przez dziwny montaż.
(986)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.