Kac Vegas środkiem nadzwyczajnym publicznych wrogów Kick-Assa i zabójczego ciała

Zdenerwowałem się dziś rano, kiedy tak leżąc zaraz po przebudzeniu pomyślałem o tych wszystkich filmach, które widziałem, a które z jakiegoś powodu nie doczekały się tu recenzji. Albo o tych, których recenzje myślałem, że napisałem a tymczasem szukając ich do zalinkowania okazywało się, że się myliłem i wcale ich nie napisałem. I pomyślałem sobie, że basta! Siądę i napiszę choć dwa słowa o każdym z takich filmów.

A potem się zdenerwowałem na co innego i od razu odeszła mi ochota na pisanie o czymkolwiek. No cóż, taki jestem, że wkurwiony działam na kanwie pisarskiej gorzej.

Ale postaram się. Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale spróbuję. Teraz tylko heroiczny wysiłek, żeby przypomnieć sobie te filmy, które nie doczekały się z mojej strony recenzji, bo tak długo odkładałem jej napisanie, że w końcu uznałem, że minęło za dużo czasu i już nie ma sensu nic o nich pisać, bo i tak połowę rzeczy o nich zapomniałem.

Ach, jak Wy musicie kochać te moje durne wstępy pod wspólnym mianownikiem.

„Wrogowie publiczni” [„Public Enemies”]

Od początku byłem sceptyczny do tego filmu. Trailer mnie nie przekonywał, euforii na widok obsady i nazwiska reżysera też się nie poddawałem. Wręcz przeciwnie, zwiastun wyglądał mi jakoś tak wyjątkowo nieszczerze. Niby zapowiadał film z akcją osadzoną w latach 30 ubiegłego wieku, a ja widziałem film dziejący się w 2009 roku z aktorami tak jakoś w dziwne stroje poprzebieranymi. Muszę przyznać, że oglądając film nie miałem już takiego wrażenia, ale na niewiele się to zdało, bo jednak moje przypuszczenia odnośnie przeciętności tego filmu okazały się słuszne.

Nie mówię, że to zły film, bo tak nie jest. Ale mówię, że to film przeciętny, o którym chyba nikt już dziś nie pamięta, choć wcale nie tak dawno zszedł z kinowych ekranów. W ogóle w przypadku filmów to czas jest jednym z lepszych papierków lakmusowych. Dobre filmy zostają przy nas przez lata, o tych mniej dobrych szybko nie pamiętamy. I nie ma znaczenia, że występują w nich ramię w ramię Johnny Depp i Christian Bale. Dobra obsada to nie wszystko.

Lata 30 ubiegłego wieku. Zuchwały gangster John Dillinger gra na nosie wymiarowi sprawiedliwości w postaci Melvina Purvisa. Nieustannie toczy się krwawy pojedynek pomiędzy nimi właśnie, a my możemy sobie popatrzeć na kawałek amerykańskiej historii, gdyż jak pewnie każdy we film oparty jest na faktach.

Solidny film utrzymany w chłodnych barwach. Obojętny w odbiorze, aczkolwiek zrealizowany z mistrzowską precyzją. 4-(6) nic więcej, choć bardzo podobała mi się dokładna rekonstrukcja ostatniego dnia tych gangstersko-efbiajowych porachunków. Jednak Depp nie ma najmniejszych szans, by zostać zapamiętanym jako drugi James Cagney.

***

„Kick-Ass”

A tu zupełnie odwrotnie, jeśli chodzi o percepcję trailera (hehe, czasem, przez krótkie chwile, gdy napiszę coś takiego jak „percepcja trailera” to na serio myślę, że jestem mądry :) ). Trailer zauroczył mnie od pierwszej chwili (choć zdaje się miałem jakieś chwile zwątpienia w przypadku kolejnych zwiastunów) i czekałem dość mocno na premierę. Komiksu nie znałem, więc byłem zupełną kickassową dziewicą wierząca w to, że trailerowe plamy krwi tryskającej tu i tam zamienią się w większy litraż w pełnym wymiarze. Nie zamieniły się.

Daleki jestem od pisania, że „Kick-Ass” mi się nie podobał, bo byłaby to nieprawda. Ależ owszem, podobał mi się, ale niestety nie potrafiłem podczas seansu wykrzesać z siebie jakiegoś większego entuzjazmu. I to nawet do końca nie wiem, dlaczego. Wszystko w tym filmie było na swoim miejscu, trailer wcale mnie nie oszukał (choć prawda jest, że jak zawsze większość dobrych rzeczy była już w zwiastunie), krew sikała jak należy, teksty fruwały przyzwoite, a sama koncepcja odwrócenia schematu komiksowego bohatera była sympatyczna (choć jak zauważył gambit cała ta koncepcja psu w dupę w momencie, gdy główny bohater przestaje odczuwać ból). Ale mimo to zachwycony z kina nie wyszedłem. Ot – kolejny film zaliczony, dobrze że przynajmniej fajny. Aczkolwiek jest nadzieja na to, że przy drugim seansie poprawiłbym swoje zdanie o nim. Pod warunkiem, że przez cały finał strasznie nie chciałoby mi się sikać (ludzka rzecz, ale czemu akurat jak Hit Girl robi rozpierduchę i siedzi się na samym środku rzędu i nie ma jak wyjść), no i kino „dałoby radę”. Byliśmy w CC Bemowo i o ile obraz bardzo mi się podobał (gambit mówi, że też był zrąbany, ale mnie się podobały te żywe barwy i taka „dalekość” od sterylności charakterystycznej dla wielu współczesnych filmów rozrywkowych), to dźwięk był jakąś totalną porażką. Prawie nic nie było słychać. Oczywiście oprócz wyraźnych dźwięków otwieranych dookoła popkornów i paszczowych siorbów wydawanych przez kolochłeptaczy.

Młody chłopak postanawia zostać superbohaterem. Szybko dochodzi do wniosku, że nie wystarczy się za takiego przebrać, żeby rządzić na mieście.

Nakręcona w szybkim tempie kolorowa historyjka ociekającą krwią gangsterów przewodzonych przez etatowego ostatnio czarnego charaktera Marka Stronga. Pełna humoru i efektownie nakręconych nawalanek sprawnie opowiedziana historia. Choć komiksowa to jednak znacznie postawiona na głowie w kontekście obrazu superbohatera a sprawy świetnie definiowanej przez Spajdka bodajże – „z wielką siłą przychodzi wielka odpowiedzialność”. Nie na tyle jednak postawiona, żeby wyznaczać jakiś nowy trend w historii komiksu. Ot coś świeżego, ale nie na tyle, żeby otwierać szampana. W każdym bądź razie wiernie zekranizowana z zachowaniem faków i flaków („faków i flaków”, wow! (c)!) jest fajnym materiałem na dobry film. 4+(6).

***

„Zabójcze ciało” [„Jennifer’s Body”]

Strategia marketingowa (nazwa zbyt szumna, ale z braku laku niech będzie) tego filmu była najprostsza z możliwych – hej, oglądajcie! Megan Fox będzie tu nago w sadzawce pływać! I koniec. Gdzieś tam jeszcze przewijało się zdanie, że to film Diablo Cody autorki scenariusza do „Juno„, ale zdecydowanie ciszej, bo mimo wszystko aż tak wiele szumu „Juno” nie zrobiła, żeby z miejsca nazwiskiem jej autorki się zachwycać.

No i rzeczywiście, Megan Fox w sadzawce pływała nago, ale gdyby nie foty z planu, które gdzieś tam kiedyś wyciekły, to nie zobaczylibyśmy nic więcej poza Megan Fox w wodach sadzawki.

Łomatko, kiedy ja już ten film oglądałem. Miałem tu przeprowadzić nawet minikampanię Uratuj Dwie Godziny Swojego Czasu, ale ostatecznie film dawno zszedł z ekranu, a ja dalej ani słowem się o nim zająknąłem. Pewnie dlatego, że nie ma o czym. Uczennica liceum zamienia się w krwiożercze monstrum polujące na swoich przyjaciół. Tyle. I w zasadzie nie ma nic złego w takim pomyśle na film (szczególnie, że zwiastun taką fajną Złotą Erą Video ociekał), bo przecież krwiożercza Megan Fox brzmi jakby nie było apetycznie. No ale to jednak za mało. Może jakiś prosty chłop zrobiłby z tego dobrą rozpierduchę, ale mająca większe ambicje Diablo Cody napisała durny scenariusz i słabe dialogi i choć mógł wyjść bezpretensjonalny teen slasher to wyszedł mający pretensje do uznania czymś lepszym nudnym film, na którym przeziewałem praktycznie od początku do końca. 2(6).

Przy okazji nie rozumiem zachowania członków zespołu szukających dziewicy. LOL, też sobie kandydatkę na dziewicę upatrzyli, a potem dziwili, że coś poszło nie tak. Generalnie dziwne jest też to, że gdy słyszymy „dziewica” to widzimy jakąś tam seksi siedemnastolatkę czy coś koło tego. Drodzy moi, jeśli chcecie mieć pewność i potem się nie dziwić to doprawdy nie trzeba aż tak kombinować – jakby nie patrzeć, dziewice mają od 0 lat wzwyż. Naprawdę nie trzeba polować na licealistkę. Szczególnie, że w dzisiejszych czasach to naprawdę ryzyko.

I gdy choć myślałem, że koniec tego filmu będzie fajny to nie. Spieprzyli wszystko pokazując tę rozwałkę na creditsach. Po co? Nie wiem.

***

„Środki nadzwyczajne” [„Extraordinary Measures”]

Brendan Fraser beznadziejnym aktorem jest. Niestety. Kiedyś jakieś tam nadzieje dawał, ale po obejrzeniu go w tym filmie stwierdziłem, że każdy następny film z jego udziałem będzie u mnie zapalał lampkę ostrzegawczą. Bo choć „Środki…” złym filmem nie były to jednak każda dalsza minuta konieczności patrzenia na Frasera była coraz większą męczarnią.

Harrison Ford też roli życia nie zagrał, ale przynajmniej nie irytował tak bardzo. Zresztą powinien powoli przyzwyczajać się, że raczej w takich filmach powinien występować, a nie w kolejnych odcinkach przygód Indiany Jonesa, na które jest już niestety za stary. A na takie filmy z gatunku „TVN, 14:30” nie i pewnie jeszcze długo nie o ile zestarzeje się tak fajnie jak Sean Connery zanim zestarzał się już za bardzo.

Dzieci państwa Jakichśtam (przepraszam prawdziwych bohaterów tej historii za to, że nie chce mi się sprawdzić ich nazwiska) umierają na rzadką chorobę genetyczną. Według szacunków lekarzy przed nimi jeszcze co najwyżej rok życia, może trochę więcej. Rodzice chwytając się każdej deski ratunku kontaktują się z dziwnym profesorem, który prowadzi badania nad eksperymentalnym lekiem na tę chorobę. Wyniki tych badań są obiecujące, ale do ich zakończenia potrzeba dużo czasu i pieniędzy. Rodzice chorych dzieci postanawiają postarać się o to drugie, podczas gdy pan profesor spróbuje powalczyć z czasem i z biurokracją firm produkujących lekarstwa.

Taki odświeżony „Olej Lorenza”. Obejrzeć warto, aczkolwiek nie ma w tym filmie nic poza to, co posiada standardowy przedstawiciel tvn-owskiego gatunku zdefiniowanego wyżej. 4+(6) (słabe 4+ ze względu na beznadziejnego Frasera).

***

No i zaczyna się problem, bo nie mogę sobie przypomnieć żadnych tytułów filmów, które widziałem, a które nie doczekały się planowanej recki. I co teraz?… A pacnąłem wyszukiwanie na Filmwebie filmów z przedziału lat 2009-2010 i wygląda na to, że to dobra taktyka.

***

„Kac Vegas” [„The Hangover”]

Zdecydowanie film z gatunku: jak to? nie pisałem jego recki? No ale przejrzałem przed chwilą trochę pobieżnie bloga i nie widzę…

Grupa przyjaciół wybiera się do Las Vegas na świętowanie kawalerskiego wieczoru. Gdy rano budzą się w zdewastowanym nieco hotelowym pokoju, okazuje się, że nic nie pamiętają, a na dodatek trochę składu im brakuje.

Wielki i niespodziewany hit kinowy, który za jednym zamachem zgarnął więcej kasy niż zarobiły wszystkie polskie filmy razem wzięte. Niestety (z mojego punktu widzenia) ten szum wokół niego nie wyszedł mu za dobrze, bo spodziewałem się nie wiadomo czego, a dostałem komedię owszem fajną, ale żeby się nią zachwycać to nie, zapomnijcie. I choć 4+(6) jaką ode mnie dostaje jest wysoką porządną to jednak oczekiwania miałem dużo większe. Może nie trafił w mój humor? Nie wiem, ale jakoś specjalnie się nie zaśmiewałem (jak np. na „Supersamcu”). Było parę śmiesznych momentów i ogólnie cała sytuacja wystarczająca absurdalna, żebym uwierzył, że do tego filmu był scenariusz, ale w całości jakoś tak specjalnie poziomem nie odstawała in plus od innych dobrych komedii. A czemu tyle zarobiła? Zabijcie mnie – nie wiem.

Nie odnajduję nic specjalnie odkrywczego w fabule znanej od zarania kina – piętrzymy przed głównym bohaterem coraz więcej problemów. Do momentu, gdy wydaje się, że nie ma żadnego dobrego wyjścia, a wtedy… piętrzymy kłopoty dalej. Taki jest właśnie „Kac Vegas” i nie widzę w nim niczego ożywczego w temacie komedii. To fajny film z sympatycznymi aktorami i kilkoma niezłymi twistami, ale ostatecznie nie widzę w nim nic, o czym mógłbym powiedzieć: „a tego się nie spodziewałem”. A to chyba nie jest najlepsza opinia dla filmu, którego ambicją obok rozśmieszania jest zaskoczenie widza tym, co w życiu bohaterów jeszcze bardziej moglo się spieprzyć.
(985)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.