Projekt 1000 (Część 21)

„Ogniste ptaki” [„Fire Birds”]

Zdaje się, że to pierwszy film, jaki kiedykolwiek miałem na własność, a który był w zupełności legalny i w ogóle w pudełku z okładką full wypas, której nigdzie sensownie nie dało się ułożyć obok sporej liczby kaset wideo z giełdy. Dopiero potem w przypływie nudy (nie było Internetu, kompa chyba też nie miałem jeszcze – co to za życie) pokupowałem sobie pudełka w ilościach hurtowych i własnoręcznie wykonałem okładki do nich masakrując nożyczkami roczniki Filmu, które skrupulatnie zbierałem. Mam te okładki do dzisiaj. Więcej nawet niż pudełek i pamiętam, że zwykle miałem zgryz, którą ze starych okładek zlikwidować, bo pudełko trzeba było zagospodarować na nowego hita, do którego zrobiłem okładkę. Łoj ile to roboty było, żeby wymyślić jakieś liternictwo na grzbiet inne niż na pozostałych okładkach…

A piszę o tym wszystkim dlatego, że zgodnie z tym, co czasem można przeczytać w postach z Projektu 1000, także i w przypadku tego filmu niewiele z niego pamiętam. Trudno się dziwić, gdy widziało się go dobre piętnaście lat temu.

Co pamiętam? Ano pamiętam, że film jest półtoragodzinnym product placementem helikopterów Apache (choć przy okazji wiele dobrego wspomina się o Scorpionach aczkolwiek końcówka filmu nie daje wątpliwości co do tego, który z tych dwóch helikopterów był lepszy) i pamiętam jak Nicolas Cage uczył się prowadzić dżipa(?) z zawiązanymi opaską oczami. Był to zresztą chyba jeden z pierwszych, o ile nie pierwszy film z Cage’em, w którym wcielił się w postać kina akcji – dopiero potem kino wraz z „Twierdzą” i „Con Airem” odkryło go do takich ról.

I to w zasadzie wszystko co pamiętam. Resztę przypomni zamieszczony niżej trailer, a ja jeszcze dodam tylko, że ogólnie film był całkiem zacny i nie byłoby głupio go sobie powtórzyć. Choć niewykluczone, że czas zrobił swoje i już nie bylby taki zacny (film, a nie czas). tak czy owak w dobie fascynacji filmami o myśliwcach („Top Gun”, „Iron Eagle” itd.) film o helikopterach był miłą odmianą. Zwłaszcza o takich helikopterach!

A tu dupa. Nie widzę zwiastuna na jutubie. Widzę zamiast tego np. coś takiego:

***

„Conan Niszczyciel” [„Conan the Destroyer”]

O ile powyżej opisany film widziałem już na własnym wideosprzęcie, to Conana pierwszy raz zobaczyłem w takim wynalazku, jakim było, hmm, wideokino? Nazwa na wyrost, bo seanse organizowane były w małych pomieszczeniach, a filmy wyświetlane jak Bóg przykazał w telewizorze z podłączonym do niego magnetowidem. Stąd salki wielkie być nie mogły, bo w końcu widzowie musieli coś widzieć. To konkretnie wideokino mieściło się w salce normalnego kina, które nie przetrwało próby czasu i obecnie jest Biedronką. Widziałem tam ze trzy filmy i każdy seans pamiętam do dzisiaj, choć akurat Conan zapadł mi w pamięci najmniej – pewnie dlatego, że dwóm pozostałym seansom towarzyszyły pewne zdarzenia. Podczas seansu „Niepokonanego wojownika” jeden jedyny raz w życiu zemdlałem na filmie (a może po prostu zrobiło mi się słabo i musiałem wyjść? tak, to brzmi bardziej po męsku!) zrobiło mi się słabo na filmie i musiałem na chwilę wyjść. A wszystko przez scenę wyrywania oczu palcami. Druga natomiast przygoda była mniej dramatyczna, ale też dotyczyła filmu kungfu, nie pamiętam już jakiego. Bohater tego filmu szedł sobie gdzieś tam, a tu jego wróg podłożył mu nogę. Bohater się wywrócił i w tym samym momencie telewizor padł i się wyłączył. A z sali dało się słyszeć komentarze, że bohater filmu pewnie potknął się o kabel i wyszarpał wtyczkę z kontaktu – dlatego telewizor się wyłączył :)

Omamiony przez złą królową Conan wyrusza na poszukiwanie rogu kogoś tam. W zamian za jego znalezienie zła królowa ma przywrócić do życia jego ukochaną Valerię. Ukochaną Conana, a nie rogu kogoś tam. W pełnej niebezpieczeństw wędrówce towarzyszą mu dziewica, czarodziej, tchórz, babochłop i znany koszykarz.

Wtedy, dawno temu „Niszczyciel” podobał mi się o wiele bardziej niż poważniejszy „Barbarzyńca”. Więcej się działo, mniej gadali, weselszy był niż słynny poprzednik i w ogóle full rozrywka. Dzisiaj uważam inaczej, a sam film Fleischera chyba nie wytrzymał próby czasu i lekko trąci myszką. Jakby jednak nie było to… mi się chce spać… nie sposób odmówić mu miana wielkiego hitu Złotej Ery Video – bo jak każdy film ze Schwarzeneggerem takim właśnie hitem był. I tylko szkoda, że praktycznie żaden z członków obsady dzisiaj nic ciekawego w kwestii filmowej nie robi. No ale to nie pierwsi i nie ostatni aktorzy Złotej Ery, z którymi czas nie obszedł się najlepiej.

Na osłodę „Niszczycielowi” pozostaje fakt, że zilustrowany został nieśmiertelną muzyką Basila Poledourisa – w moim skromnym mniemaniu najlepszą muzyką filmową, jaka kiedykolwiek została napisana (obydwa Conany, choć w „Barbarzyńcy” była lepsza). Mój ulubiony kawałek:

***

Księżyc 44 [Moon 44]

Jest to film, który z pewnością powinienem i chciałbym powtórzyć. Kiedyś widziałem go en razy, ale ostatni z tych en razy miał miejsce bardzo dawno temu. I choć oglądałem go te en razy, bo bardzo mi się podobał, to teraz tak pobieżnie poprzeglądałem sobie opinie o nim w necie i wychodzi z nich, że to marny film. Hmm, nie ma w tym nic dziwnego (a właściwie jest to dość częste), że dobre filmy mają gówniane oceny, ale kto wie. Może ten mój złotoerowowideowy entuzjazm sprawił, że „Księżyc 44” podobał mi się bardzo.

A póki nie powtórzę to nie pozostaje mi nic dziwnego, jak tylko trzymać się własnego zdania. Czyli: jeśli uważacie, że Roland Emmerich robi kiepskie filmy to obejrzyjcie sobie „Księżyc 44” i przekonajcie się, że ta opinia o reżyserze jest niesprawiedliwa. „Księżyc 44” otworzył mu na dobre drogę do Hollywood, gdzie już dwa lata później nakręcił „Uniwersalnego żołnierza” i co najwyżej tam go dopiero popsuli i wytrenowali na mistrza świata i okolic w patosie. Film ten jest też jedną z niewielu możliwości zobaczenia na własne oczy wiernego współpracownika Emmericha – Deana Devlina, który pojawia się obok takich gwiazd jak Michael Pare czy Brian Thompson.

Niedaleka przyszłość. Surowce mineralne Ziemi zostały wyeksploatowane do granic możliwości – trza rozglądać się po układzie słonecznym w poszukiwaniu planet, księżyców, które można by eksploatować z cennego surowca. Kłopot tylko w tym, że kopalnie coraz częściej są atakowane przez tajemniczych agresorów. Do obrony przed nimi zatrudnieni zostają skazańcy, którzy po przeszkoleniu wsiadają do specjalnych helikopterów i lecą postrzelać kierowani z bazy przez zdolnych i młodych nawigatorów.

Bez dwóch zdań jeden z moich ulubionych filmów z półki Niedoceniana Świetne Filmy Które Mało Kto Zna.


(978)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.