Opętani [The Crazies]

Przerzuciłem sobie przed chwilą pobieżnie opinie o tym film i już widzę, że ja znów będę na bakier. Nie wiem – smucić się czy płakać?

Kolejny dzień w małym sennym miasteczku rozpoczął się dla Russella – zastępcy miejscowego szeryfa – całkiem zwyczajnie. I choć wydawało się, że jedyną odmianą od szarej codzienności będzie mecz lokalnej drużyny bejsbola, wtem na murawę boiska wkroczył z bronią jeden z mieszkańców miasta. Ani się Russell nie obejrzał, a już jego przełożony położył niespodziewanego gościa trupem. A potem działo się jeszcze więcej, a Russell musiał raz za razem ratować dupę szeryfa, bo ten zadziwiająco łatwo wpadał w tarapaty. No ale ostatecznie od tego są zastępcy szeryfa.

No dobra, tak naprawdę (choć wszystko co wyżej się zgadza) to film o szeryfie i jego żonie, którzy w towarzystwie kilku przyjaciół próbują uniknąć lokalnej apokalipsy i zamiany w zwęglone zwłoki. Łatwo nie będzie, ale od czego instynkt samozachowawczy… Ale chciałem podkreślić wyraźnie, kto był najfajniejszą postacią w tym filmie.

Wbrew temu co piszą o nim mózgi z Filmwebu – film Brecka Eisnera (wkrótce jak dobrze pójdzie wyreżyseruje remaki „Flasha Gordona” i „Ucieczki z Nowego Jorku”) jest bardzo fajnym survival horrorem, choć z tym horrorem można by się kłócić, bo w końcu nic nadprzyrodzonego po filmowym miasteczku nie biegało. No ale zostawmy kwalifikacje gatunkowe na boku, bo różnice między horrorem a thrillerem pewnie jeszcze przez stulecia będą spędzać sen z powiek przeróżnych dyskutantów, a nie to w tej chwili jest najważniejsze. Wróćmy więc do tego co ważne – „Opętani” to solidny survival horror, który teraz właśnie dostanie ode mnie 5-(6) przez co za chwilę ja pewnie po raz enty zostanę odsądzony od czci i wiary przez zwolenników konstruktywnej dyskusji spod znaku „co to za horror co zamiast straszyć śmieszył, a już na Pile bardziej się bałem”. W idealnym świecie ci wszyscy rozbawieni przez „Opętanych” widzowie zaraz znaleźliby się w filmowej sytuacji bez wyjścia między półzombieowym młotem, a całkiemwojskowym kowadłem i byśmy zobaczyli, czy tak im do śmiechu.

Swoją drogą widzowi to ciężko dogodzić – jak coś co chwila wyskakuje znienacka przy głośnym dźwięku to niedobrze, ale jak czegoś takiego nie ma albo jest tego bardzo mało („Opętani” znajdują się w tej drugiej grupie) to… też niedobrze.

No dobra, ale ja tak polemizuję z niewiadomoczym znów odbiegając od tematu. No ale na temat nie ma za bardzo co pisać, bo survival horror jak to survival horror – zabij lub zostań zabitym. I o tym w całości jest film Eisnera, ale nie mogę powiedzieć, że się na nim nudziłem, bo się nie nudziłem. Wręcz przeciwnie. Szczególnie przypadł mi do gustu zgrabniutki scenariusz (przynajmniej w pierwszej połowie filmu). Wiadomo, temat wyświechtany (sam film to remake filmu George’a A. Romero pod tym samym tytułem, który to film wbrew pojawiającym się tu i ówdzie opiniom raczej nigdy nie był kultowy, a jeśli był to dla szesnastu osób może) i cudów ze scenariuszem zrobić się nie da, ale na pewno można go ładnie napisać. I tak jest w przypadku „Opętanych”, gdzie przez pierwsze 50 minut w zasadzie każda pojedyncza scena pcha film o milowy krok do przodu i nie zabiera czasu na niepotrzebne rzeczy zwalniające fabułę. Z każdej sceny dowiadujemy się czegoś nowego i w następnej scenie lecimy by wiedzę te pogłębić aż w końcu zza horyzontu wyłania się pełny obraz nieciekawej sytuacji. I dopiero wtedy scenarzyście się już chyba zmęczyła ręka, bo nie było już tak dobrze, a kilka scen było za bardzo niewyraźnych, żeby nie powiedzieć „hmm, ale czemu tak? bezsęsu”. Ale wtedy już się kibicowało tym, co próbowali ocaleć, więc scenariusz był drugorzędny.

Wiadomo, że survival horror pod tytułem „Opętani” nie może być arcydziełem światowego kina, ale w swojej szufladce lokuje się wygodnie i wysoko. Stąd też taka a nie inna ocena (ma na nią też wpływ prosty fakt, że „Opętani” wyróżniają się na tle podobnej konkurencji). A może by i wyższa była, gdyby wydano trochę dolarów na więcej litrów krwi, a scenarzysta napisałby z jedną kontrowersyjną scenę więcej. Bo tak po prawdzie pomimo kategorii R nie ma tu niczego, co by zaskoczyło, zbulwersowało, czy choćby i zniesmaczyło. Czyli w zupełnym przeciwieństwie do łamiącego tabu kina lat 70., do którego przecie film wyraźnie pił biorąc na warsztat właśnie dzieło z tamtego okresu.
(974)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.