Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

W dwóch słowach

Zdaję sobie sprawę, że pierwszy film 2010 roku, któremu dam szóstkę zasługuje na osobną recenzję, ale zdaję też sobie sprawę z tego, że jak szybko nie napiszę jego recki to pewnie skończy na liście filmów, które zasługiwały na osobną recenzję, ale w końcu jej nie napisałem z nie wiadomych przyczyn. Znanych też jako lenius pospolitus. Skoro więc postanowiłem skrobnąć na szybko o kilku filmach, których recki już zbyt dawno czekają na napisanie, żeby je nawet nazwać zaległymi, to i ten film dorzucę do kotła. A skrobię szybko, bo mi się nie chce. Pewnie znacie te przychodzące raz na jakiś czas momenty, w których czegoś się nie chce. Mnie co jakiś czas nie chce się nic pisać na bloga. Ten właśnie co jakiś czas trwa.

Zatem zaszczytne miano pierwszego filmu 2010 roku, który dostaje od Q 6(6) przypada „Szalonemu sercu”.

„Szalone serce” [„Crazy Heart”]

Historia muzyka country, który podróżując po dziadowskich barach odcina kupony od dawnej sławy. Nie narzeka, bo w barach zawsze jest się co napić i przelecieć, a pić lubi i przelatywać też, choć to raczej po wypiciu już, bo przed nie byłoby pewnie takie fajne. I tak sobie jeździ po zapyziałych dziurach trafiając raz na ruski rok na jakiegoś ostałego się fana, aż w końcu poznaje sympatyczną dziennikarkę, która chce przeprowadzić z nim szczery wywiad. Pod wpływem tej znajomości… pije dalej.

Dawno już miałem ochotę obejrzeć sobie taki stricte amerykański film. O bezdrożach, z facetami w kowbojskich kapeluszach i z muzyką country. Film, który w żadnym innym zakątku świata nie miałby szans na powstanie – tylko w Ameryce. I właśnie „Crazy Heart” w 100% zaspokoił tę moją amerykańską chcicę. I pewnie dlatego 6(6), bo był dokładnie taki jak chciałem – amerykański, dość spokojny – po prostu fajny. Pewnie gdybym miał ochotę na horror i go obejrzał to szóstki by nie było, ale może to właśnie też właściwe okoliczności, w jakich oglądamy film dodają mu pełni blasku.

Nie zamierzam nikogo ściemniać, że to arcydzieło kinematografii. Ot zwykły film jakich wiele. I nawet nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby znaleźć jakieś podobne do niego dzieło. Historia countrysingera jest bowiem toczka w toczkę podobna już choćby do niedawnego „Zapaśnika” (też mu chyba szóstkę dałem, co oznacza, że lubię „amerykańskie” (w cudzysłowiu, bo znaczenie podwójne) filmy). Wrestlingowy kostium zamieniono bohaterowi na wdzianko kowboja, do rąk dano gitarę – a cała reszta jest z grubsza podobna. Ale to nic nie szkodzi.

Historia to prosta, życiowa, spokojna i ciągnąca się w dość wolnym tempie, ale jak zacząłem oglądać tak skończyłem z pełną radością i zaspokojonymi oczekiwaniami. Popatrzyłem sobie na rozległą Amerykę, posiedziałem w pubach i pooglądałem od kulis country koncerty. Na dodatek dostałem sympatyczną country muzykę (nie przepadam za nią, ale też nie było jej aż tak bardzo dużo) w wykonaniu Jeffa Bridgesa i Colina Curuś-Farrela, no i kawał solidnego aktorstwa uhonorowanego Oscarem dla Jeffa Bridgesa. I choć nie jestem do końca przekonany, że aż tak bardzo mu się należał, to jednak decyzja mnie nie dziwi. Wszak rola naszego pijaczyny pasowała jak ulał do ulubionych motywów akademii.

„Faintheart”

Przysiągłbym, że już o tym dziadostwie pisałem, ale skoro ciągle tytuł wisi w pliku z tytułami filmów do opisania to znaczy się, że nie… Zatem teraz napiszę, a Wy już wiecie, że to dziadostwo. 2+(6) choć pewnie zaraz po obejrzeniu dałbym 3-(6). Dwa miesiące później nic już z filmu nie pamiętam, więc to dostateczny powód do obniżenia oceny jeszcze bardziej.

„Faintheart” opowiada o angielskim safandule, który podobnie do bohaterów „Human Traffic” czeka tylko na weekend, żeby… no tu już niepodobnie do bohaterów „Human Traffic”, bo czeka, żeby przebrać się w średniowieczny strój i naparzać się z jemu podobnymi pasjonatami. Nie wiedzieć czemu, jego najlepszy przyjaciel jest dozgonnym fanem „Star Treka”, ale nie jest to dla naszego bohatera najgorsza wiadomość. Gorsze jest to, że jego żona chce od niego odejść, bo ma już dosyć zabawy w średniowiecznych wojów i gwałcone dziewice (no aż tak źle nie ma, przesadzam). I teraz tylko pytanie: czy warto być sobą za wszelką cenę, czy może nagiąć kart i zamienić miecz na wózek widłowy z Biedronki.

Problem tylko w tym, że już gdzieś tak po pół godzinie filmu mamy w dupie odpowiedź na to pytanie.

Miałem nadzieję na choćby i głupawą komedię (w końcu w głównej roli wystąpił dość znany komik brytyjski, którego nazwiska niestety nie znam :) ostatnio zagrał Lestrade’a w „Sherlocku Holmesie„) robiącą sobie jaja z „Walecznego serca” itp. Dostałem w sumie film obyczajowy, których w historii angielskiego kina było już multum, a co najmniej 2/3 z nich lepsze. Z wesołego wieczoru zrobiły się jakieś nudy i w ogóle dętka.

Przeczytałem u Aśka, która najwyraźniej bardziej zainteresowała się filmem niż ja, że „Faintheart” to jakiś internetowy wynalazek typu: „internauci napiszą scenariusz, a my go nakręcimy; ty dasz blaszkę ja dam blaszkę i będziemy mieć na flaszkę”. Zdaje się, że komuś wyjątkowo zależało na tym, żeby wybrać te pomysły internautów, które wybiją im z głowy zapędy podbicia X-Muzy. Bo nie wierzę, że tylko ich na taki pierd stać. Zresztą, wszystko to tylko kwestia odpowiedniej selekcji.

„Rikszarz” [„Amal”]

Czwarty i ostatni film, jaki zobaczyłem na Bollywood Festiwalu 😉 Potem jeszcze miałem iść na epizodycznego Szaruka i Bollywood ze Szwajcarii, ale ostatecznie nie poszedłem. Mówi się trudno, żyje się dalej.

Tegoroczny Bollywood Festiwal wbrew nazwie postanowił zaprezentować filmy mające z Bollywood wspólne tylko Indie. „Rykszarz” takoż samo. Dość powiedzieć, że to film produkcji bodajże kanadyjskiej, w którym jedyny bollywoodzki aktor jakiego znałem z obsady umarł po dziesięciu minutach po uprzednim zaśpiewaniu piosenki (przyznaję, to było bardzo bollywoodzkie).

Tytułowy rykszarz to człek poczciwy tak bardzo, że to aż niemożliwe. Pewnego dnia wiezie swoją rikszą obdartusa, który okazuje się być milionerem. Rykszarz o tym nie wie i prędko się nie dowie. Ale są tacy, co bardzo chcą go znaleźć, żeby przekazać mu wesołą nowinę. Milioner kipnął i przekazał mu całą fortunę. Jedni chcą, by rikszarz poznał prawdę, drudzy wolą, żeby jednak nie, bo przepadnie im majątek ojca. I tak sobie trwają spadkowe przepychanki trochę obok rykszarza, który jest za poczciwy, żeby w ogóle cokolwiek zacząć kumać. Szczególnie że ma inne problemy na głowie i bynajmniej nie jest to łupież.

Spokojny film, który ma swoje momenty chwały, ale i słabsze fragmenty. Najciekawszy jest zdecydowanie początek i prawie dokumentalny obraz indyjskich ulic. Potem ten dokumentalny styl zanika i zaczyna się opowiadanie historii. I choć historia ta sama w sobie jest w porządku i wciąga, to jednak tytułowy rikszarz jest bohaterem tak wkurwiającym (niektórzy powiedzą, że prawym i poczciwym – rany, naprawdę są granice), że są momenty iż ma się ochotę wleźć do ekranu i coś mu zrobić. Na szczęście on jest tylko jeden, a cała reszta obsady trzyma ten film w kupie, a i podrzuca smakowite kąski w postaci posagu pod postacią gaźnika. I dlatego 4(6) dam.

Z „Rikszarza” płynie wiele morałów i nauk, ale tą wiedzą, którą wyciągnąłem z niego jest jest odkrycie, że w Delhi metro wybudowali w tydzień.

***

I znów. Chęci były większe, ale skończyło się na tych trzech reckach. Jednak zajrzenie do netu w trakcie pisania to zło :)
(970)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.