Halo: Legendy [Halo Legends]

Jest kilka oczywistych względów, przez które oglądanie „Halo: Legends” mogło zakończyć się katastrofą. Po pierwsze znany wszystkim fakt, że nie lubię animków. Po drugie znany mniejszej liczbie osób fakt, że nie lubię gier komputerowych (jest z pięć wyjątków potwierdzających tę regułę) i w nie nie gram. A właściwie to może i nie „nie lubię”, ale nie interesują mnie i nie wciągają. Po trzecie, co wynika głównie z pierwszego punktu tej miniwyliczanki, nie jestem fanem japońskiej animacji, a takie np. „Ghost in the Shelf” znudziło mnie okropnie. A „Halo: Legends” wnioskując po okładce było przedstawicielem anime właśnie. Myślałem tylko, że to całe Halo to zupełnie japoński wynalazek – potem okazało się, że nie. Ale mniejsza z tym.

No ale hasło „do odważnych świat należy” zawsze jest na czasie, więc postanowiłem spróbować. Ryzyko żadne – przycisk STOP na pilocie działa. Sprawdziłem przed naciśnięciem PLAY.

O świecie Halo nie miałem zielonego pojęcia. Ba, nie wiedziałem nawet, że w ogóle istnieje jakiś świat Halo. Myślałem, że Japońce zrobili kolejną kreskówkę i tyle. Nie wiedziałem, że istnieją gry komputerowe, książki osadzone w świecie Halo i cały ten raban towarzyszący zarabianiu pieniędzy w każdy możliwy sposób. A kiedy się w końcu o tym dowiedziałem przeglądając filmik z gatunku „ococho” na płytce z dodatkami, to… no cóż, niewiele to zmieniło – wciąż aktualne pozostało oświadczenie o  moim „nielubieniu” animków. W zasadzie – dla samego filmu było jeszcze gorzej, bo wynikało z tego, że jest on kolejnym sposobem na łatwe natrzepanie kasy przez producentów gry i wcale nie musi być dobry – ważne, że w ogóle jest.

No to cały background mojego oglądania „H:L” już znacie. A teraz, jak tradycja po kilku akapitach lania wody nakazuje – do konkretów.

W odległych galaktykach zawsze tak jest, że znajdzie się jakiś „kompan” do prowadzenia z nim wojny. Nieważne jak daleko odlecicie od swojej planety, czy zostaniecie na niej i będziecie sobie żyli w pokoju – wcześniej czy później ktoś z nieba zacznie nawalać laserami. Nie inaczej w świecie Halo, gdzie cała rozróba zaczęła się już dawno dawno temu, gdy potop nawiedził rodzinną miejscowość niejakich XX (wybaczcie, nie zapamiętałem jak się zwali, Prekursorzy? coś w tę mańkę i nie Protoplastusie). XX nie mieli innego wyjścia – aby wygrać musieli zniszczyć wszystko. Ale tak dosłownie – wszystko. I XX wszystko zniszczyli tworząc (wot ironia) potężną broń w postaci wielkich pierścieni rozsianych po galaktyce. XX nie byli jednak tacy głupi, żeby nie zachować po parce stworzeń stąd i zowąd. Gdy już z potopem był spokój, parki te zajęły się swoim, czyli odtwarzaniem zniszczonego życia. I był spokój. Na jednym z zakątków galaktyki rosła sobie w siłę Ziemia, której rozwojowi towarzyszyły nieustanne wojenne wstrząsy itp. niemiłe rzeczy. Ale Ziemianie uciekając przed wojną ruszyli na podbój kosmosu. A gdy już go podbili to znów zaczęli ze sobą wojować. I by się pozabijali pewnie, gdyby nie tajemnicze Przymierze, które zaczęło ich naparzać laserami i wyręczać w kwestii zabijania. Nie można było więc tego tak zostawić!  Rozpoczęła się długa wojna i w momencie odpalania „Halo: Legends” (pomijając dwa wprowadzające „Pochodzenia”) trwa ona w najlepsze.

Napisałem wyżej o rzeczach, które mogły sprawić, że obejrzenie „H:L” mogłoby zakończyć się katastrofą. Nie wspomniałem jednak o jednej rzeczy, która przemawiała na korzyść tego filmu. Otóż korzystną dla niego sprawą było to, że kiedyś tam oglądałem „Animatrixa” i ów „Animatrix” mi się podobał. A podobieństwa między „A” i „H:L” widać było gołym okiem – już nie tylko po anime kresce, ale też i po tym, że film składał się z kilku opowieści, której łącznikiem był szeroko pojęty świat Halo (wiadomość dla czepialskich – natomiast łącznikiem w „Animatrixie” był szeroko pojęty świat Martixa :P). I rzeczywiście, po raz drugi okazało się, że taki zabieg to idealne rozwiązanie dla tych, którzy nie chcą uśpić Quentina animkami. Zachwycić Quentina nie zachwycą, bo tego animki nie są w stanie dokonać, ale przynajmniej (a to już dużo) sprawią, że obejrzy film od początku do końca. Bądźmy szczerzy, gdyby był to półtoragodzinny film to zapewne w połowie już bym odpadł. A tak to można obejrzeć jedną część, porobić coś innego, obejrzeć część drugą itd. aż do końca. Co też zrobiłem i ja, a teraz mogę powiedzieć, że misie podobało. Nie tak strasznie, żeby tu zaraz zachęcać do oglądania, ale na tyle, żeby mieć z tak poszatkowanego seansu przyjemność. A nawet poczułem się trochę tak, jak wtedy, gdy sto lat temu czytałem te wszystkie Yansy i inne Funky Kovale – ale to pewnie dlatego, że z anime i wykreowanymi światami przyszłości styczności nie mam żadnej. Przez co nie mogę powiedzieć, czy w porównaniu do innych dzieł to byleco, czy też może krok naprzód, ale mogę powiedzieć, że dla tych, którzy nie „siedzą” w tych klimatach może to być całkiem zadowalający seans.

Siedem nowelek łączy miejsce akcji, a dzieli nie tylko odrębna fabuła każdej z nich, ale również stylistyka, w jakiej zostały nakręcone. Specjalistą w tej dziedzinie nie jestem i wszystkich niuansów rozpoznać nie potrafię, ale gołym i nieuzbrojonym okiem widać różnice w kresce pomiędzy niektórymi epizodami (a pewnie uzbrojonym okiem dostrzegłoby się odrębność każdej z nich). Dość toporna krecha w „Pochodzeniu”, wpadające w impresjonizm plamy w „Pojedynku” (na początku taki sposób rysowania mnie drażnił, ale po seansie uznałem, że był najfajniejszy i najbardziej oryginalny z nich wszystkich), rasowe anime (nie bijta, jeśli nierasowe – nie znam się :P) w „Odd Man Out”, czy komputerowa grafika w ostatnim epizodzie. Jak więc widać „H:L” oferuje różne atrakcje i dba o to, żeby widz się nie znudził. A do tego prezentuje ciekawe historyjki (jedne lepsze, inne gorsze – jak zawsze), które jednak docenić potrafił będzie tylko ten, kto na Halo zęby zjadł. Wtedy wyłapie smaczki i inne nawiązania. Ja zostałem tego pozbawiony i pewnie też dlatego nie ocenię tego filmu wyżej niż na 4(6), co jak na animki to jest prawie jak 6 😛 A jeszcze dodam, że walczę z chęcią wystawienia 4+(6), ale na razie na walce się kończy.

No i jeszcze na koniec osobny akapicik na temat tego, co było w „H:L” najfajniejsze – muzyce. Muzyka była w „H:L” najfajniejsza. Z przyjemnością posłuchałem jej sobie „luzem” w przerwach między oglądaniem kolejnych segmentów.
(959)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl