Bollywoodzko

Dawno nie było żadnych bollywoodzkich recek to teraz będą. W kupie, żebyście łatwiej przeżyli. Łatwiej bowiem zignorować jedną notkę niż kilka. Tak, wiem, jak bardzo kochacie Bollywood.

Generalnie rzecz biorąc to w ogóle nie miało tu być żadnej notki dzisiaj. To znaczy miała być, ale nie chciało mi się jej napisać, a nawet wymyślić, o czym miałaby traktować. Inaczej, wymyślić to nie problem, ale po wczorajszej serii filmików wypadało szarpnąć się na coś ambitniejszego. Stąd Bollywood ;P

A wszystko przez to, że załatwiło mnie jedno małe jajko, które wyrządziło w mym organizmie przerażające s(t)raty. I teraz już jest dość dobrze, ale cała noc i poranek to był koszmar w wyniku którego jestem teraz nieprzytomny. Myślenie mi nie idzie (standard) (dopisek w poprzednim nawiasie też standard) i jak tu w takim stanie cokolwiek mądrego napisać? Stąd Bollywood ;P

A w ogóle to miałem się ograniczyć do notki zawierającej wymyślony przeze mnie rano dowcip:
– Jaka jest najgorsza reklama seksu francuskiego?
– Szczoteczka do zębów Oral-B.
Sami widzicie… Żeby nie było tak skąpo miałem dorzucić kilka swoich nowych złotych myśli, a właściwie małych odkryć dokumentowanych na blipie. Ale tak sobie teraz pomyślałem, że będę ponad tym wszystkim i wrzucę do jednego wora kilka Bollywoodów, którem był przez weekend obejrzał. A że już całkiem sporo napisałem to może jednak z tego zrezygnuję? Łatwiej by było jeszcze trochę notki typu zlew dopisać i walnąć się spać.

Nie! Ja jestem uczciwy, zapłacili za 3:0… Miał być Bollywood, będzie Bollywood. Mam nadzieję, że w wersji długości rach ciach.

„Billu” [„Billu”]

Tytułowy Billu jest fryzjerem. Jego skromny zakładzik cienko przędzie w małej wiosce in the middle of nowhere. Pomyślelibyście pewnie, że nic dziwnego skoro wioska jest mała, to skąd tam wziąć klientów, ale nie. Billu cienko przędzie, bo po drugiej stronie okolicy swój zakład otworzyła konkurencja i zgarnęła wszystkich chcących się opitolić mieszkańców. Z natury łagodny i choć trochę zgryźliwy to jednak niespecjalnie zaradny Billu próbuje walczyć z konkurencją, ale sposób walki skazany jest raczej na porażkę – trudno nakopać przeciwnika podaniem o pożyczkę na zakup nowego fotela. Tymczasem w Indiach A żyje sobie wielki gwiazdor, który właśnie kręci swój nowy film. Potrzebna jest jakaś ciekawa lokacja do plenerów, więc nasz gwiazdor z palca rzuca nazwą wioski, w której mieszka Billu. Ekipa filmowa pojawia się we wskazanym miejscu budząc oczywistą sensację. A to nie wszystko! Wiele wskazuje bowiem na to, że słynny gwiazdor jest starym dobrym znajomym tytułowego Billu. Czy fryzjer załatwi z nim po znajomości parę rzeczy, dzięki którym zacznie żyć dostatniej?

Na Szaruka z grubsza zawsze można liczyć. W zasadzie nie przypominam sobie, żebym widział słaby film z nim, a nawet jak już jest słaby to to „Don”. Jasne, nie o wszystkich można pisać w superlatywach, ale jest Szaruk znakiem jakości Q-Bollywood i tego nie da się ukryć. W związku z czym śmiało można sięgać po kolejne jego filmy i naprawdę jest spora nadzieja na to, że się człowiek nie przewiezie. Of koz, jak ktoś nie lubi Bollywood to i tak nic go nie przekona, ale łotewer.

Zresztą „Billu” to nie taki rasowy Bollywood, a po prostu indyjskie kino obyczajowe. I choć wiem, że obraz indyjskiej wsi jest tu tak samo science fiction jak i film, który na tej wsi kręcą, to jednak w niczym to nie przeszkadza, żeby się fajnie bawić podczas seansu. Oprócz bowiem sympatycznej historii oferuje fajne piosenki, bardzo ładne widoki, aktorów charyzmatycznych (Szaruk), aktorów dobrych (Irffan Khan, czyli tytułowy Billu), aktorki piękne (Lara Dutta, której niestety najwyraźniej nikt nie zdoła przekonać, że jest ładniejsza bez makijażu; pół filmu się zastanawiałem, jakim cudem Billu taką laskę zarwał – potem się trochę wyjaśniło między słowami) i z grubsza niewiele rzeczy, które w „zwykłym” bollywoodzkim filmie irytują „zwykłych” kinomanów. Dużo tu wsi spokojnej, wsi wesołej, trochę kontrastowych wstawek z przerysowanym (sic!) bollywoodzkim glamourem (a w nich gwiazdy pokroju Dupiki czy Karinki), a zupełnie mało nudy i przesadnej dziecinady, która nie bawi chyba nikogo innego poza Hindusami.

In minus w zasadzie tylko za długa finałowa przemowa Szaruka, która z każdą sekundą robiła się równie absurdalna, jak jego [spoiler] w KHNH. Trochę szkoda, że końcowa przesada zepsuła troszeczkę ten spokojny film, który śmiało mógłby się spodobać każdemu, gdyby to nieszczęsne „Bollywood” się tak jednoznacznie wszystkim kojarzyło. Nie do końca wiem, co mam na myśli, ale jak pisałem – nie czuję się dobrze 😉 Złe samopoczucie jednak nie wpływa na końcową ocenę filmu 5(6), bo tę wystawiłem po seansie parę dni temu zanim jajko zaczęło swoją podstępną misję.

Tak, ja wiem, ze miało być rach ciach, ale spokojna wasza nieuczesana. Z trzech i pół oglądniętych ostatnio Bollywoodów tylko ten był wart dłuższej wstawki.

„Śtrzeżcie się, ślicznotki” [„Bachna Ae Haseeno”]

Główny bohater filmu znany jest z tego, że najpierw dziewczyny uwodzi, a potem je zostawia. To znaczy w jego dotychczasowym życiu udało się to tylko dwa razy, ale co tam, z każdym razem trwało to co najmniej pół godziny. Co więcej pewnie by dalej serca łamał, gdyby nie fakt, że już za trzecim razem zakochał się na zabój. I tu zonk, bo dostał kosza. Długo się jednak nie zastanawiał i szybko doszedł do wniosku, że karma, kismat, łotewer. Trza naprawić to co złe, żeby spodziewać się czegoś dobrego.

Najlepszy był w tym filmie moment, gdy po 6 godzinach seansu odkryłem, że pewnie za chwilę będzie „intermission”. Asiek powiedziała, że nie, bo przecież film się już kończy, ale okazało się, że to ja miałem rację – to była dopiero połowa. Na szczęście ta gorsza (to 6 godzin to takie złudzenie, to było tylko półtorej godziny). Druga część podobała mi się już bardziej, bo od zawsze wolałem wątki dziejące się w takich niezachodnich, tradycyjnych Indiach niż te londyńskie, czy inne australijskie.

Jedna rzecz w tym filmie była fajna – piosenki. Najlepsze ze wszystkich filmów z tego rzutu. Oprócz tego nie było już właściwie nic specjalnie fajnego. Owszem, zdarzało się jakieś nawiązanie do innych filmów, które bez większego trudu można było wyłapać i być z siebie dumnym, ale z grubsza jeśli film trwa trzy godziny to i szansa na znalezienie jakiegoś ciekawszego momentu jest większa. A z grubsza to było tak, że z filmu podzielonego na sześć części (orientacyjnie tak) tylko jedna, czwarta, mi się podobała. A reszta była strasznie męcząca.

Moja rada dla Bollywood: przestańcie kręcić filmy na zachodnią modłę. Dawaliście sobie radę do tej pory bez tego, to i teraz dacie. A tak to po co mam oglądać hollywood lookalike bollywoodzki film, jak mogę obejrzeć film z Hollywood i mieć pewność, że będzie lepszy. 2+(6)

„Odrobina miłości, odrobina magii” [„Thoda Pyaar Thoda Magic”]

Tylko w Bollywood familijny film dla dzieci zaczyna się od thrilleru sądowego z udziałem thrillerowej muzyki oraz wypadku samochodowego z fruwającym autem i dwoma trupami. Tylko w Bollywood bohaterka familijnego filmu dla dzieci nosi miniówkę w rozmiarze umożliwiającym dojrzenie jej wątroby, a potem półnaga wije się w basenie (i nie ma żadnego seetruogh! to też tylko w Bollywood). Tylko tam.

A oprócz tego – młody biznesmen zostaje oskarżony o zabójstwo rodziców czwórki rezolutnych dzieciaków. Pan sędzia wpada na rewolucyjny pomysł. Orzeka, że pójście do paki w ramach kary będzie bez sensu, bo nic z tego sierotom nie przyjdzie. Co innego, gdy się nimi zaopiekuje na cały etat… Orzech do zgryzienia trudny dla naszego bohatera, szczególnie że dzieci robią wszystko, żeby go do siebie zniechęcić, ale ostatecznie co szkodzi spróbować. Lepszy przebrany za Krrisha małolat niż Ben Dover pod więziennym prysznicem.

„Odrobina…” nie jest filmem dobrym i nie jest filmem złym. Nie jest filmem słabym i nie jest filmem wybitnym. Można go obejrzeć, ale wcale nie trzeba. Niby jest filmem familijnym, ale tak wedle bollywoodzkiego zrozumienia tej definicji – w Indiach palą na stosie reżyserów, których filmom można przypisać jeden tylko gatunek filmowy. Biznesmen przez pół filmu ma połknięty kij od szczotki i brak górnych guzików w koszulach (wiadomo, Saif Ali Khan), dzieci to chodzące Keviny same w domu z mniejszą wyobraźnią itd. – wiadomo, jakim torem wszystko się potoczy i nie ma tu miejsca na jakiekolwiek zaskoczenie. No dobra, z nieba po tęczy zjeżdża na rowerze Rani, ale w końcu „odrobina magii” w tytule zobowiązuje. Widoczki towarzyszące tej magii i niebiańskim wizytom są sympatyczne, kolorowe i optymistyczne i wizualnie nie ma na co narzekać, ale i też piać z zachwytu nie ma nad czym skoro wszystko już gdzieś było, a Rishi Kapoor napatrzył się w Morgana Freemana. A wiadomo, jak się takie coś kończy.

Trochę do śmiechu, trochę do płaczu, ale jedno i drugie nie przychodzi tu bez wysiłku. 3+(6)
(962)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.