Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Bollywoodzki tydzień

Sorry :)

O trzecim bollywoodzkim festiwalu wiadomo było nie od dzisiaj. Z roku na rok filmy na nim są coraz gorsze, więc mieliśmy z Aśkiem na niego nie iść, szczególnie że jedyny godny uwagi film – przedpremierowy pokaz „My Name Is Khan” – został odwołany. No ale tak się poukładało, że zaczęliśmy na niego chodzić. Za nami trzy seanse, przed nami nie wiem ile, bo nagle się namnożyło spotkań towarzyskich kłócących się terminowo. A skoro te parę filmów obejrzałem to je tu teraz opiszę, bo żal, żeby się marnowały. Zrobię to w jednym poście, żebyście nie cierpieli za bardzo.

A zaczniemy od filmu, którego… nie widziałem na festiwalu.

„Poślubiona” [„Vivah”]

Młody, piękny i bogaty Shahid zostaje wyswatany z młodą, piękną i nie za bogatą ale nie szkodzi Amritą (imiona aktorów, bo pewno nie wiecie). Trwają przygotowania do ślubu.

4(6)

Żartuję.

To znaczy nie do końca, bo rzeczywiście mógłbym skończyć tę recenzję na powyższej ocenie i w zasadzie nic więcej nie trzeba by pisać. Tam naprawdę przez trzy godziny do ślubu się gotują i tak po prawdzie to samo obejrzeć można na VHS-ach z polskich wesel. Tylko stroje mają ładniejsze. No ale coś tam dostukam, żeby recka była pełnoprawna. Choć na pewno nie będzie to takie fajne cool, jakie by było gdyby mi się tak przeokropnie spać nie chciało…

Jednym z ważnych zadań kina bollywoodzkiego jest zastąpienie szarym masom szkoły i edukowanie ich w temacie najprostszych rzeczy. Jednym z największych problemów Indii w ogóle jest tradycja. Odmian tradycji jest bardzo dużo, jedna tradycja lepsza inna gorsza, a wśród tych gorszych znajduje się tradycja małżeństwa (w skrócie rzecz ujmując). Z małżeństwa cieszą się posiadacze synów, bo syn w zasadzie musi mieć tylko fujarkę i to wszystko co potrzebne do zawarcia związku, a smucą posiadacze córek. Bo córka to brzemię, które należy dźwigać wraz z jej posagiem, który potem oddaje się panu młodego w zestawie z tanią siłą domową zwaną w skrócie żoną. W Indiach co rusz słyszy się o mordowaniu dzieci płci żeńskiej tylko i wyłącznie z powodu przyszłego małżeństwa. Bo córka opłacalna nie jest.

No i na przecięciu tych dwóch rzeczy (kina i tradycji) znajduje się „Vivah”, którego trzy godziny można streścić w jednym zdaniu kończącym film – gdyby wszyscy ojcowie tak kochali swoje córki to świat byłby lepszy. Kropka. A że morały takie padają z ust ukochanych aktorów, to tym bardziej trafiają do świadomości indyjskiego widza. Z tego więc względu zadanie bojowe „Vivah” zostaje spełnione, morał poucza, wszyscy są szczęśliwi. Tylko co po takim filmie widzowi europejskiemu?

A nie wiem. Mnie się podobało. „Vivah” to tradycyjny Bollywood pełną gębą. Biegają poubierani w sari, śpiewają, tańczą, siedzą na podłodze, telewizora nie znają i szanują się tak że ach! Bohaterowie są przeszlachetni, a wszystkiemu przygrywa fajna bolly muzyczka. Jak przystało generowana na weselnym keyboardzie z pominięciem loopów, beatów i innych sritów. I to mi się podoba, choć nawet nie wiem czemu. Mam dość nowoczesnego Bollywood, a wszystko co zajeżdża romantycznym oldskulem ma u mnie szansę. Bo sprawa jest prosta – chcę obejrzeć nowoczesny film to oglądam Hollywood, bo oni robią to lepiej. Od Bollywoodów oczekuję bycia Bollywoodami i niczego więcej. Niestety Bollywoody coraz bardziej zachodnie się robią i coraz gorzej to oglądać.

„Vivah” to ewenement – bardziej podobał się mnie niż Aśkowi. Zwykle jest na odwrót. Tymczasem ja do „Vivah” nic nie mam i choć moja jego ocena nie zachwyca to jednak ani myślę na niego narzekać, bo dawno już nie widziałem rasowego Bollywooda. A w zestawie z rasowym Bollywoodem dostałem też magię kina w pigułce – oto dwie siostry, jedna ładna druga brzydka. Ładna z zasłoniętymi włosami kłapciuchami, a brzydka całkiem ładna, ale wysmarowana pastą do butów (w Indiach sprawa jest prosta – om jesteś jaśniejsza tym jesteś ładniejsza). Saute byłyby pewnie jednakowo fajne, ale gdy do akcji wkracza magia kina to wszystko jest możliwe.

***

„Niebo na ziemi” [„Videsh” aka „Heaven on Earth”]

Całkowite przeciwieństwo „Vivah”. Oto młoda dziewczyna (Preity Zinta) w ramach transakcji wiązanej zwanej aranżowanym małżeństwem wyjeżdża do Kanady do swojego męża. Tam szybko orientuje się, że ów mąż nieprzypadkowo ma na imię Rocky. Otóż tenże Rocky solidnie potrafi przywalić z sierpowego…

Zielonego pojęcia nie mam, jakim cudem ten film wylądował na bollywoodzkim festiwalu, bo z Bollywoodem ma on tyle samo wspólnego co ja z tańcem na rurce. Jest Preity Zinta i inne kobitki ubrane w sari – tyle łączy „Niebo na Ziemi” z Bollywood. A dzieli wszystko – deszcz pada zimny, a pociągu nawet przez trzy sekundy nie widać na ekranie.

„Niebo na ziemi” to ciężki dramat obyczajowy o jeszcze cięższym losie kobiety, której zadaniem jest wyjść bez słowa za mąż i robić za gosposię, a w wolnych chwilach zarabiać na dom. W filmie nie ma nic kolorowego, a im dalej w film tym bardziej przygnębiająco. Los naszej bohaterki jest nie do pozazdroszczenia, dlatego nie ma się co dziwić, że ucieka w świat marzeń, aby choć na chwilę zapomnieć o swojej niedoli. I tu się okazuje, że dzięki tym marzeniom jest jeszcze dla niej szansa, tylko czy ją wykorzysta.

Gdyby to był ambitny blog to bym napisał coś w deseń, że Bollywood odmitologizowany, ale że nie jest to blog ambitny to tak nie napiszę. Napiszę więc tyle, że traktowanie go w kategorii „Bollywood” jest błędem i nawet jeśli ktoś ma awersję na indyjskie kolorowe obrazki, to śmiało może spróbować. Trzeba tylko lubić ciężkie kino, w którym nawet wesołe z założenia momenty są niewesołe. I tak ślub przypomina pogrzeb, a podróż poślubna nad Niagarę kończy się czarno-biało. A to tylko początek niedoli naszej bohaterki brawurowo zagranej przez bollywoodzką gwiazdę. Nie oglądałem dodatków, więc nie wiem czy miała te same problemy na planie co Lara piorąca swoje sari w herbacie.

Historia kina zna o wiele bardziej przygnębiające filmy, ale jeśli ktoś podszedłby do „Nieba…” z bollywoodzkim nastawieniem to pewnie trochę po łbie by dostał. Kino to jednak za ambitne i mimo szczerych chęci reżyserki nie udaje się jej wciągnąć widza bez reszty w oglądany świat. Ale miło zobaczyć coś „indyjskiego” (dałem w cudzysłów, bo to chyba kanadyjski film w ogóle jest) na poważnie. Film daje gwarancję na to, że wszystko to co Wam się może nie spodobać w Bollywoodzie tu będzie do zobaczenia bez makijażu. 3+(6)

***

„Błękit” [„Blue”]

Widzowie festiwalu orzekli jednogłośnie, że „Błękit” przez KO wygrywa w pierwszej rundzie starcie na największą filmową kupę wszech czasów. Jestem jednym z niewielu takich widzów, którzy nie są tak radykalni w swojej opinii. I choć określenie „bollywoodzkie Torque” brzmi przerażająco to jednak okazuje się, że parodia filmu, który sam w sobie był parodią („parodia” w sensie niezbyt dobrym) jest pociesznym filmem, w którym wszystko jest tak słabe i przesadzone, że moim zdaniem nie ma bata, żeby nie było to celowe. A przy założeniu, że to, co oglądamy w „Blue” jest celowe – z filmu można mieć zabawę. Szczególnie że, i to znów wbrew wszystkim, co jak co, ale nudy tu nie ma. Jest film, o którego dziurach i paradoksach można gadać godzinami, ale w którym co chwilę coś wybucha, ktoś pali gumy na motocyklu, a wszystkiemu towarzyszą cudne dialogi typu:

– Moim marzeniem jest studiować w Instytucie Oceanograficznym, ale to kosztuje.
– Nie stać nas na to, ale nie martw się. Ja będę łowił ryby, a ty będziesz je smażyć.

– I co teraz robimy?
– Przedstawimy ich rekinom.
[W kontekście brzmi to lepiej]

– Gdy ludzie siedzą po ciemku to znaczy, że albo są zakochani albo nieszczęśliwi.
– Jest jeszcze trzeci powód.
– Jaki?
– Że wyłączyli prąd.

Dawno dawno temu, gdy Indie odzyskały niepodległość, z Anglii wyruszył statek ze zwrotem części skradzionym Hindusom skarbów. Niestety, statek nie dopłynął do mety, bo po drodze przywitał się z dnem topiąc cenny ładunek, który po dziś dzień stał się celem poszukiwaczy skarbów z całego świata. Niestety dla nich – miejsce spoczywania skarbu zna tylko Sanju! Niestety dla kolegi Sanju – Akshaya! – Sanju nie chce powiedzieć, gdzie jest skarb. Bo nie!

Film kuriozum. Czego w nim nie ma. Paaanieee! Gdy już myślisz, że wszystko zostało wyłożone na stół wtedy znienacka pojawia się Kylie Minogue (no można się zaskoczyć pod warunkiem, że nie czytało się napisów – bardzo ładnych zresztą, o poziomie nieosiągalnym dla polskiego kina) i zaczyna tańczyć z bohaterami.

„Błękit” to film z gatunku – przez pół godziny ziewasz i złorzeczysz na to, jakie to bzdurne, a potem nagle się okazuje, że to jest tak głupie, że aż fajne. Jak przystało na Bollywood twórcy filmu czerpią pełnymi garściami z Hollywoodów – i tak oprócz „Torque” można dostrzec, że z pewnością oglądali takie hity jak „Bad Boys 2” i „Hitch”. A wszystko to tak cudownie beznadziejnie zagrane przetykane śmiałymi ujęciami Lary Dutty w bikini.

I coś jeszcze miałem dodać, ale mi wyleciało z głowy. Dlatego przechodzę do oceny: 4+(6) [EDIT na drugi dzień: Nie no, przesada. Obcinam plusa z oceny. 4(6)]. A niech ma! W kategorii złych dobrych filmów ciężko mu znaleźć przeciwnika… A, już wiem. Chciałem jeszcze dodać, że to moje pozytywne zdanie o „Błękicie” jest spowodowane tym, że chyba pierwszy raz zobaczyłem Akshaya nie jako beznadziejnego i nieśmiesznego błazna – a właśnie tego się spodziewałem. A tu niespodzianka – nie błaznował aż tak, jak to potrafi. No ale może to dlatego, że błazenadę całego filmu ciężko by było przeskoczyć.

***

Miałem jeszcze o jednym filmie napisać, ale to innym razem, bo Asiek jest już tuż tuż i mnie pewnie oderwie od kompa.
(966)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.