Ojczym [The Stepfather]

Zacznijmy od dobrej wiadomości: powoli kończą się stare filmy do remake’owania i już niedługo scenarzyści będą musieli ruszyć mózgownicami, żeby wymyślać nowe filmy, a nie podpierać się starymi. Oczywiście jest to dobra wiadomość, jeśli założymy, że scenarzyści potrafią wymyślić jeszcze coś swojego. Bo jeśli nie, to czeka nas upadek kina albo remake’owanie remake’ów sprzed roku. W każdym bądź razie jak już się wzięli za zrobienie remake’u filmu, które do tej pory widziały może ze trzy osoby, to o wniosek o brakach do przetworzenia nietrudno. Choć troszkę z tymi trzema osobami przesadzam, bo „Ojczym” i jego kolejne części hitem (umiarkowanym, bo umiarkowanym, ale zawsze hitem) Złotej Ery Video był. Tyle dobrych wiadomości.

A nie, jest jeszcze przynajmniej jedna dobra wiadomość. To (pozdrowienia dla Aśka :P) informacja następująca: Remake „Ojczyma” zaczyna się wybitnie. Naprawdę. Te pierwsze pięć minut to początek wybitny i nic tego mojego zdania nie zmieni. Tytułowy bohater dokonuje małego makeoveru w łazience, w domu leżą porozrzucane ciała dzieci, a potem kilkoro policjantach w szybkim skrócie informuje nas co i jak. Po takim początku miałem nadzieję, że jednak nie będzie tak źle jak myślałem przystępując do seansu (czasem tak człowiek ma, że coś ogląda choć wie, że będzie psioczył; a może właśnie dlatego ogląda, bo lubi psioczyć?). Cóż, znowu wyjdę na jakiegoś psychopatę, ale to zawsze dobrze wróży filmowi, gdy zaczyna się od kilku martwych dzieci. Bo wiecie, w amerykańskim kinie („Ojczym” jest chyba kanadyjski, ale łotewer, nawet sprawdzać mi się nie chce) ciężko o martwe dzieci. W amerykańskim kinie dziecko przeżyje nawet gdy popieści go ogrodzenie pod napięciem 10k wolt, a jak już zdecydują się zabić jakiegoś dzieciaka, to się okazuje, że to przemalowana trzydziestolatka… No ale przejdźmy dalej. Najpierw jest wybitny początek, a potem…

Potem aż do samego końca nie ma już absolutnie nic godnego uwagi. No może sama końcówka, która (i tu będę wyjątkowo perfidny, choć nie martwcie się, nie będzie spoilera) powinna przypaść do gustu… każdemu fanowi „Glee”…

I już pomijam, że w filmie naprawdę nic się nie dzieje (nie mam zielonego pojęcia, co wycięli z tego unrateda, który oglądałem, żeby zrobić theatricala; a może to taki sprytny zabieg? jest tylko jedna wersja, ale nazwali ją unrated?), akcja toczy się według utartych schematów, a nikt oprócz tytułowego bohatera nie ma choćby zalążka osobowości, ale kurde. Można zrobić nudny film, ale choć pozory sensu wypadałoby zachować. Wiadomo, że baby to głupie są ;P ale bez przesadyzmu. Wpuszczacie do domu nieznajomego, którego poznaliście w sklepie, ok, zakochujecie się, ale rany, nie widzicie nic podejrzanego w tym, że facet w WASZEJ piwnicy stawia jakieś szafki i zamyka je na kłódki, bo to jego szafki i coś tam? A zamiast gapienia się w nieskończoność na strapioną minę pasierba, który coś podejrzewa, ale of koz na gliny z tym nie pójdzie, bo i po co, wolałbym się dowiedzieć, co też takiego się stało, że nasz ojczym po pół roku spokoju zaczął świrować. Pół roku żadnych oznak pierdolca (kłódki pomijam, przecież to zupełnie normalne), a tu nagle lawina.

Czyli w skrócie: zobaczcie sobie pierwsze pięć minut (choć nie wiem po co, skoro już je Wam opowiedziałem 😉 ), a jak jesteście fanami „Glee” to popatrzcie sobie na ostatnie dwie trzy minuty. I tyle. Pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami nie ma nic. Ani trupów (za dużo…), ani nagości, ani krwi przelanej za wolność naszą i waszą, ani napięcia, ani twistów… Scenariusz najwyraźniej napisał Kononowicz, bo nie było w nim niczego. 2+(6)
(926)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl