Głód [Hunger]

Ja już nie wiem. Może ja przestałem potrafić oglądać filmy? Patrzę na takiego Aśka, który po dwóch minutach jakiegoś tam filmu już ryczy jak bóbr albo się denerwuje akcją i każe mi przełączyć film na słuchawki, bo się stresuje niepokojącymi odgłosami (w kontekście Aśka mowa o innych filmach nie o „Głodzie”), a ja, kurde, oglądam taki „Głód” i spokojnie wcinam czekoladowe ciasto. I nie chodzi mi o to, by pokazać jaki jestem cool czy coś w ten deseń (no co? jeszcze by ktoś tak pomyślał i co by było?) tylko zastanawiam się nad tym wszystkim próbując wyciągnąć jakieś sensowne wnioski. Łatwo powiedzieć, że kino nie daje mi w ostatnim czasie powodów do jego przeżywania, a filmy, które powstają są po prostu cienkie, ale może to nie w tym tkwi problem. Problem, który sprawia, że ciężko mi wysiedzieć na filmach jednym ciągiem, a po ochłonięciu na zakończenie seansu wystawić drżącymi łapami 6(6). Może to ja jestem winien takiemu stanowi rzeczy…? Łotewer, taka mnie głęboka myśl przed chwilą nawiedziła. A wracając na chwilkę do kwestii oceny po seansie, to dla „Głodu” leci 5(6) choć dłonie nie drżą mi ani trochę…

Debiutancki film Steve’a McQueena (nie z tych McQueenów) opowiada historię strajku głodowego, jaki na początku lat 80. podjęli irlandzcy więźniowie przetrzymywani w jednym z brytyjskich więzień. Celem głodówki było zmiękczenie stanowiska brytyjskiego rządu i przeforsowanie kilku postulatów z uznaniem aresztowanych członków IRA nie za terrorystów, a za więźniów politycznych na czele.

„Hunger” jest filmem bardzo mocnym i surowym. Stroni od efektowności na rzecz dosadnego pokazania tego wszystkiego, co wyprawiało się w więzieniu Maze. Możemy więc sobie popatrzeć na codzienne życie więźniów i ich strażników, które mówiąc w ogromnym uproszczeniu i skrócie było codzienną walką o przetrwanie i udowodnienie swoich racji. O które to udowodnienie o wiele łatwiej było uzbrojonym w pałki strażnikom niż więźniom, którzy mieli do dyspozycji właściwie tylko swoje ciało. I to właśnie ze swojego ciała uczynił ostateczny argument główny bohater filmu, legendarny już Bobby Sands.

Reżyser unika odpowiedzi na pytanie kto tu jest dobry, a kto zły (choć nie sposób mi przemilczeć tę dość nie pasującą do całego filmu scenę, z której niezbicie wynika, że odsiadujący swój wyrok Irlandczyk nawet muchy by nie skrzywdził…) skupiając się na dokumentalnej niemal precyzji w związku z którą otrzymujemy film, którego oglądanie boli (a przynajmniej powinno, jeśli nie cierpi się na zaburzenia opisane w pierwszym akapicie :P) i w żadnej sekundzie przyjemnością nie jest. Z ekranu czuć wyraźnie ból, zimno, smród i tego typu atrakcje, a dotykanie zaropiałych ran więźniów boli i widzów. Dlatego przed przystąpieniem do seansu zalecane powinno być nastawienie się na to, że nie czeka nas przyjemnie spędzone półtorej godziny. Chcesz poczuć, jak to jest siedzieć w wysmarowanej gównem celi albo jak to jest przed każdym wyjazdem do pracy sprawdzać, czy pod twoim samochodem ktoś czasem nie podłożył bomby – „Głód” to film dla ciebie. Właśnie taka atmosfera towarzyszy podczas seansu, a dialogi ograniczone są do absolutnego minimum. Poza jedną, wybitną sceną, w której najbardziej urzekł mnie błękitny dymek z papierosa podpowiadający bez wątpliwości, że montażysta nie miał nic do roboty przez te dziesięć ponad szesnaście minut rozmowy.

„Głód” to również popis jednego aktora – Michaela Fassbendera, który wcielił się w postać Sandsa. A zrobił to tak, że słowo „przekonywająco” jest za słabe, żeby to opisać. Zresztą rolą tą otworzył sobie drogę do wspaniałej kariery zaklepując ją ostatecznie występem w „Bękartach wojny„. A teraz to już nie mam większych wątpliwości, że pójdzie podobną drogą co Gerard Butler i zobaczyć go będzie można w każdym możliwym filmie. I w przeciwieństwie do Butlera – nie przeszkadza mi to.

No i co jeszcze na koniec? Może to, że jak przystało na każdy dobry film oparty na faktach – pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po jego obejrzeniu było wbicie się na jutuba i dalsze zgłębienie tematu. Jakby się jednak komuś nie chciało tego robić, to niżej jeden z ciekawych dokumentów, jakie można tam wygrzebać. Powodzenia w zrozumieniu irlandzkiego :)





(921)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl