Projekt 1000 (Część 17)

„Hook”

Za „Hookiem” nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem, ani go nie lubiłem. To by się zresztą zgadzało z obiegową opinią o tym filmie, która nigdy nie była najlepsza. Z rozrzewnieniem go nie wspominam, nie mam parcia na to, by kiedyś do niego wrócić i może go lepiej zrozumieć, ani nie rusza mnie jego gwiazdorska obsada.

Film Spielberga miał pewnie tego pecha, że obejrzałem go w momencie, gdy Spielberg kojarzył mi się z cool moviesami, które ogląda się jednym tchem (bądź jednym przeciągłym ziewnięciem, co muszę przyznać towarzyszyło mojej twarzy podczas oglądania „E.T.”. W kinie, taki stary jestem; i nie mówię o tej wersji z wymazanymi karabinami itd. – potem próbowałem to kiedyś jeszcze w całości obejrzeć i ni chu chu; piszę o tym teraz, bo tego filmu w moim spisie vhsowego posiadania nie znajdziecie) i stanowią kwintesencję kina rozrywkowego. Z „Hookiem” było wręcz przeciwnie. Jakaś dziwna półpoważna produkcja oparta na bajce, o której nie miałem pojęcia. Jakiś Piotruś Pan, któż to jest, do diaska. To i nie było sposobu, żeby film mi się spodobał. Potem go powtórzyłem i moja reakcja była o wiele lepsza, ale i tak nie wydaje mi się, żebym jeszcze kiedykolwiek „Hooka” miał obejrzeć. Chyba że dodadzą jakieś wycięte sceny z gołym Dzwoneczkiem.

Jednakowoż z radością przyjąłem występ w „Hooku” Caroline Goodall, bo był taki okres, w którym bardzo ją lubiłem.

***

„Pogromca” [„The Punisher”]

Rzadko się zdarza, że nowsze wersje filmów są lepsze od tych starszych, ale w przypadku „The Punisher” tak właśnie w moim odczuciu jest. Wersja z Thomasem Jane’em według mnie jest duuużo lepsza, choć żaby być zupełnie szczerym trzeba nadmienić, że tę z Dolphem widziałem tylko raz jeden i potem kierowany uczuciem wielkiego zawodu nigdy więcej nie dałem temu filmowi drugiej szansy. A może trzeba było?

Tak czy siak na tę ekranizację przygód komiksowego bohatera czekałem odkąd tylko na jednej z kaset z wypożyczalni zobaczyłem przed daniem głównym jego zajawkę. Dolph zsuwający się po linie z karabinem w łapie i naparzający do badgajów dawał mi nadzieję na świetną rozpierduchę z udziałem aktora, którego przecież lubiłem. Co więcej, partnerował mu aktor, którego lubiłem jeszcze bardziej, a mianowicie Louis Gossett Jr. A jednak, pewnie to dziwnie zabrzmi, ale jakiś taki za poważny mi się ten film wydawał w starciu z moimi oczekiwaniami po trailerze. A może po prostu te lepsze filmy z Dolphem, które powstały po „The Punisher” widziałem najpierw? Cholera wie i bez wehikułu czasu się tego nie dowiem.

W każdym bądź razie „The Punisher” z Lundgrenem nigdy mi się nie podobał i jakoś specjalnie się tego nie wstydzę.

No ale fajny KANAŁ na YT! Polecam :)

***

„2 miliony dolarów napiwku” [„It Could Happen To You”]

I jak tu nie kochać polskich tytułów filmów? Ten dodatkowo wchodzi w taką ładną interakcję z oryginalnym tytułem.

Fabuła jak w tytule. Nicolas Cage kupuje los na loterię, idzie na kawę, nie ma drobnych na napiwek dla Bridget Fondy (gdzie się ona biedna podziała? lubiłem ją, a ona znikła; pocałunek śmierci czy jak), ale obiecuje jej połowę wygranej na loterii. Jak się okazuje wygrywa 4 miliony dolarów i okazuje się słownym chłopem, który niestety ma za żonę heterowatą Rosie Perez (następna zaginiona w akcji gwiazda). I gdy tak przygotowane pionki ustawione są na szachownicy – zaczyna się partia, której zakończenia nie domyśliłby się mało kto.

No ale ostatecznie taki jest urok romantycznych komedii, których „2 miliony…” jest typowym przedstawicielem. Sam film jest bardzo sympatyczny i zdecydowanie warto go obejrzeć (czego nie można powiedzieć o wszystkich komediach Nicka Cage’a) dla rozluźnienia i popodziwiania Rosie Perez w akcji, która to Rosie ukradła film dla siebie zostawiając pozostałej dwójce jakieś tam nudne ochłapy. Nic dziwnego, że nie minęły dwa lata i Ncik postanowił dać spokój komediom, a zostać gwiazdą kina akcji. Choć wielu uważa taki „Con Air” akurat za świetną komedię…

„2 miliony…” to typowy przykład filmu, który potrzebował czasu, aby zdobyć moje uznanie. Na początku mnie znudził, ale potem, gdy tylko trafiała się jakaś okazja w TV oglądałem go za kazdym razem z przyjemnością.

No i z pewnością lepszy to film od reklamy, która jako pierwsza wyskakuje w YT po wpisaniu „it could happen to you”.

„This is yoir brain on hope!” – niezłe zioło musiał palić autor tej reklamówki.

***

„Delta Force 2” [„Delta Force 2: Operation Stranglehold”]

Tak sobie przewijam w dół powoli spis moich filmów z lekkim strachem, ze natrafię na jakiś, o którym nie będę potrafił nic napisać. Na szczęście póki co jest nieźle i przeskok na stronę 18 nie przyniósł jakiegoś bzdeta, który nagrałem, żeby zapełnić kasetę, ale kolejny prawdziwy hit z bożyszczem wszystkich – Chuckiem Norrisem. I po raz kolejny pozwolę sobie powtórzyć, że patrząc na takie filmy żal się człowiekowi robi, że internaucie sobie z Chucka postanowili zrobić obiekt żartów. Co najgorsze – śmiesznych :)

Wymagać pamiętania fabuły filmu pod tytułem „Delta Force 2”, który to film widziało się ostatni raz, gdy odtwarzacze ustępowały pola magnetowidom, byłoby z Waszej strony sadyzmem. Głównie dlatego, że takich filmów nie oglądało się przecież dla fabuły. Gdybym jednak miał strzelać, to postawiłbym na srogą zemstę w zapalczywym gniewie. Kartel zabija Chuckowi przyjaciela – Chuck zabija kartel w postaci demonicznego Billy’ego Drago. A Billy doprawdy demoniczny był prawie tak samo jak Richard Lynch. Miały te Złote Lata Video swoje gwiazdy.

ŁAŁ, aż sobie zaglądnąłem na IMDb i się okazało, że Richard Lynch biegle posługuje się językami rosyjskim, hiszpańskim, niemieckim, włoskim i… suahili! Chyba trzeba by kiedyś jakiś nowy cykl trzepnąć: „Gwiazdy lat 80.”…

Wracając do DF2 była to pierwsza część DF, jaką widziałem. Widziałem ją spokojnie z dziesięć razy i za każdym obejrzeniem coraz bardziej pragnąłem obejrzeć jedynkę, która przez długi czas była najbardziej poszukiwanym przeze mnie filmem. Tak się na nią nakręciłem, że jak ją w końcu obejrzałem, to mi się średnio podobała. I nie pomógł Lee Marvin.

DF2 to kolejna prawdziwa klasyka i nie ma w tym względzie miejsca na jakiekolwiek veto.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.