Piła 6 [Saw VI]

Wypadałoby coś napisać, bo w najbliższych dniach cholera wie, jak to będzie z możliwością pisania (przesadzam, jak sądzę), ale z drugiej strony nie chce mi się nic pisać. Miałem koncepcję napisać trochę o filmowych cyckach, ale mi się odechciało. Może kiedyś.

No ale ostatecznie myślę, że film z tytułu notki jest idealny na sytuację: trza by coś napisać, a nie chce się pisać. Idealny, bo dużo o nim napisać nie można, choćby się bardzo chciało. I nawet nie dlatego, że jest słaby czy coś, ale dlatego, że o serii filmów, których w sześć lat powstało sześć i z których każdy jeden jest podobny do następnego – nie ma co pisać.

Kto lubi ten lubi, kto nienawidzi ten nienawidzi – i tego nic nie zmieni. Co najwyżej ktoś się może znudzić kolejnymi odgrzewanymi kotletami i nic więcej. Bo przekonać się do tego filmu nikt się już więcej nie przekona. A że Piły na siebie zarabiają to znaczy, że póki się to nie zmieni, czy nam się to podoba czy nie, powstawać będą. A póki nie ma przymusu ich oglądania – nie ma powodu, żeby kręcić nosem. Cóż, widać tego kinowej publiczności potrzeba i żaden merytoryczny czy artystyczny argument tego nie zmieni. A jeśli wylądowałeś w kinie na „Pile 6” i potem kręcisz nosem, to znaczy, że jesteś wyjątkowo nieodporny na marketing i własne doświadczenie. Nikt bowiem nie kryje, czego można się po tym filmie spodziewać i tylko od ciebie zależy, czy go obejrzysz czy nie. I do nikogo pretensji nie wypada mieć.

„Piła 6” kontynuuje dobrze znane z poprzednich części wątki. Ja już się dawno pogubiłem, czy Jigsaw to jeszcze żyje czy już nie, ale nie zamierzam się w to zgłębiać. Pewnie nie żyje i to mi starczy. Gorzej z resztą wątków, których bez przypomnienia poprzedniej części ciężko zgłębić, ale aż takim sadomasochistą nie jestem. Coś tam kumam w 75% i nie sądzę, aby kumanie w 100% coś zmieniło… Tak więc kontynuatorzy tradycji Jigsawa przygotowują kolejną krwawą grę, której zasady są śmiertelnie proste. W międzyczasie Jigsaw pojawia się w retrospekcjach i jak zwykle filozofuje. Na Zachodzie bez zmian, jednym słowem.

Nie jest źle. Oceniać filmu nie zamierzam, bo to się mija z celem, ale powiem, że oglądało się go nieźle. I nawet twist na koniec był, co zawsze podnosi jakość „Pił”. Oczywista do mojego ulubionego twista z dwójki to mu daleko, ale cóż. Między kolejnymi częściami scenarzyści za mało czasu mają, żeby coś wymyślić, wszak na kolejne Halloween zdążyć trzeba. W każdym bądź razie seans uważam za pozytywny w kategoriach pozytywnych wrażeń z seansu filmu pod tytułem „Piła”.

Jeśli szóstka w czymś zawiodła, to w krwawych scenach, które przecież są, a przynajmniej powinny być, wyznacznikiem serii. Po mocno krwawym preludium potem nie było już niczego, co mogłoby sprawić podróż żołądka do gardła. Pewnie, jak zawsze, trzeba poczekać na unrateda, ale jeśli by porównywać do kinowej wersji piątki, to w zasadzie nie ma czego porównywać. Czyżby więc scenarzyści mieli ambicję „pójść” w fabułę (która z kolei była w piątce potraktowana jako zło konieczne)? Atoci niespodzianka!
(904)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.