Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Halloweenowy Weekend Filmowy – Imago Mortis

„Imago Mortis”

Są filmy, o których nie warto się rozpisywać, bo wystarczy podać kilka kluczowych słów i wiadomo o co chodzi. Są też filmy, o których nie warto się rozpisywać, żeby nie zepsuć komuś frajdy z seansu. Lecz są też filmy, o których nie warto się rozpisywać, bo po prostu, nie warto się o nich rozpisywać. Nie ma o czym. „Imago Mortis” mimo intrygującego tytułu należy do tej trzeciej grupy. No ale na fali popularności hiszpańskiego horroru i jemu udało się dostać swoje pięć minut.

Majestatyczne mury filmowej uczelni kryją w sobie ponurą zagadkę tanatografu. Urządzenia, którego nazwa nic nikomu nie podpowiada, co jest co najmniej dziwne. Ale co tam, znajomość Tanatosa zepsułaby tę część dochodzenia do prawdy. Nevermind. Tanatograf ów budzi zainteresowanie zgrzybiałego ciała nauczycielskiego uczelni, a sprawą zainteresowany jest jeden z najlepszych jej uczniów. Wszystko wskazuje na to, że bez trupów się nie obejdzie.

Oldskulowy europejski horror, który pewnie przeszedłby się koło kina, gdyby nie sława takich tytułów jak „Sierociniec” czy „[REC]„. Zresztą w zapowiedziach właśnie do tych tytułów odwołania można było znaleźć, tak jakby to cokolwiek gwarantowało. Tymczasem nie gwarantuje to niczego. No ale jak w życiu – wysoko postawiony wujek zawsze się przyda.

„Imago Mortis” to kolejna już ze stu tysięcy opowieści o duchu, który chce coś zakomunikować. A jako że duchy ani nie powiedzą, ani na kartce nie napiszą o co im chodzi, to się trzeba samemu domyślić. Problem ten spadł (dosłownie, bo z dachu) na naszego ucznia, o którym było już wyżej, a który w związku z powyższym średnio co dziesięć minut się przestraszał, bo gapiła się na niego zjawa. A my powinniśmy razem z nim, bo oczywiście zjawa pojawiała się znikąd w towarzystwie standardowej przestraszającej muzyki. A od czasu do czasu, żeby urozmaicić przestraszające sytuacje, znienacka poruszała się główka obdartego ze skóry baranka, czy tam innej owieczki. Sztampa i nuda.

I pal licho sztampę, gdyby opowiadana historia jakiś sens miała. Ale niestety, zaserwowano widzowi jakąś bzdurę o maszynie sprzed kilku wieków, która zapisywała obraz z siatkówki oka zmarłego. Znaczy OK, przesadzam z tą bzdurą, bo to pomysł jak każdy inny, na horror w sam raz. Pytanie tylko po jaką cholerę kilka wieków później ktoś chciałby skorzystać z tej maszynki. Rozumiem w XVII wieku, kiedy nie była znana fotografia (nie była, prawda? 😉 ), ale teraz? OK, OK, chcieli uwolnić dusze… Oj no bełkot straszny. I nuda. I nawet tytułowe imago mortis takie, że kaman.

No to w skrócie: sztampa, nuda, bełkot. 2+(6). Dość wysoka ;P ocena, bo sam film klimatyczny i spokojnie nakręcony bez prowizorki i amatorki. Ale to zdecydowanie za mało, żeby się nie zanudzić. I jeszcze ten główny bohater taki jakiś nie tego. W ogóle postaci w tym filmie byle jak nakreślone – prawie nic o nich nie wiadomo przez co przy +/- finałowym twiście (zdjęcie kaptura) sobie pomyślałem: a to kto?

Zmęczyłem tylko i wyłącznie z sentymentu dla Alexa Angulo i dzięki przyciskowi przewijania do przodu.
(880)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.