Funny People

Jeśli chodzi o cudowne dziecko amerykańskiej komedii ostatnich lat, Judda Apatowa, to mój stosunek do niego był przez długi czas bierny. Wszystko przez bzdurny tytuł filmu z prawiczkiem, po którym wnosiłem, że szkoda czasu na zainteresowanie się twórczością kolesia, który wymyślił Setha Rogena. Gambit mi od czasu do czasu za uchem dowodził, że to taki współczesny Kevin Smith, ale ja swoje wiedziałem i dalej nie miałem zamiaru na przygody z jego filmami. Impas w tej sprawie zmienił seans „Wpadki”, która bardzo mi się podobała. Postanowiłem się więc przeprosić z prawiczkiem i on podobał mi się również (dobrze wiecie, że chodzi o film :P), choć przeraziłem się, że główną atrakcją tygodnia 40-letniego prawiczka było cotygodniowe oglądanie „Survivora”… Tak czy siak na kolejny film Apatowa czekałem już z niecierpliwością i wiedziałem, że tym razem nie minie dużo czasu w wymigiwaniu się od seansu. Oczekiwania miałem duże, bo Setha Rogena bardzo lubię, a i do Adama Sandlera nic nie mam, szczególnie że ostatnio więcej filmów mu wychodziło niż nie. Pozostało je więc skonfrontować z rzeczywistością.

Znany komik dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory i nie zostało mu wiele życia. Ze smutku i zgryzoty zaczyna odwiedzać kluby, w których debiutował w zawodzie. Czasu ma sporo, bo jest samotny jak palec. W jednym z klubów poznaje młodego adepta sztuki komediowej, który za dnia pracuje w sklepie, a wieczorem opowiada publiczności swoje żarty. Żarty te wpadają w ucho naszej sławy komedii, która proponuje młodziakowi napisanie kilku żartów z przeznaczeniem dla owej sławy właśnie. Młodzian przystaje na taką umowę i tak zaczyna się nasza historia.

Historia, która jest o dużo za długa.

Apatowowi znudziło się robienie za nadwornego komedioreżysera Stanów Zjednoczonych i postanowił pójść w bardziej ambitne rejony. Pozostał wierny komedii i swojemu talentowi do pisania zabawnych dialogów, ale zapragnął czegoś więcej – dramatu. A jako że wiele rzeczy najlepiej pokazać na zasadzie przeciwieństw, to plan Apatowa był stosunkowo łatwy – oto główny bohater, który wszystkich rozśmiesza, ale nie dość, że jest smutny to jeszcze wkrótce umrze. Z jednej strony dowcip, a z drugiej tragedia – przepis znany od dawna. Przepis, który w dobrym wykonaniu może zostawić widza zapłakanego nie tylko z powodu znakomitych dowcipów, ale który w wykonaniu gorszym może zostać odebrany jako niewypał (jak cokolwiek w gorszym wykonaniu :P). Jeśli zaś chodzi o „Funny People” to film zatrzymał się gdzieś tak na środku skali – nie jest on bowiem na tyle dobry, żeby piać na jego temat peany, ale i nie jest tak zły, żeby narzekać. Ot mogło być lepiej, mogło być gorzej, a wyszło przeciętnie.

Mimo całkiem długiego metrażu i czasu, jakim dysponował Apatow na opowiedzenie swojej historii, to jednak nie wykorzystał go na tyle, żeby nie załamywać się od czasu do czasu nad powierzchownością fabuły. Szczególnie postać byłej dziewczyny Sandlera (vel aktualnej żony Apatowa) pojawiała się jak przysłowiowy diabeł z pudełka ni stąd ni zowąd rycząc Sandlerowi w rękaw, że mąż ją zdradza. Potem również była dość niezdecydowana posuwając w ten sposób akcję do przodu, ale nijak nie sprawiając, że można było na chwilę zapomnieć, że jednak scenarzysta się gdzieś pogubił w swojej historii i poczuł niepewnie na gruncie, na którym nie wystarczyło napisać błyskotliwy dialog, ale trzeba było dać trochę więcej. W związku z tym na chwilę obecną wg mnie Apatow powinien zostać przy tym, co potrafi robić najlepiej i nie kombinować. Bo jakkolwiek doceniam jego chęć zrobienia czegoś więcej niż komedia i myślę, że mogło mu się to przedsięwzięcie udać, to jednak w ogóle mnie nie dziwi, że film został przez widzów przyjęty tak sobie, żeby delikatnie to ująć.

Filmowi wyszłoby na dobre skrócenie go o pół godziny i skondensowanie do tego, co potrzebne, a nie skupianie się na rozwlekaniu błahych sytuacji, scen zazdrości i wsadzaniu gdzie się da bardziej lub mniej znanych cameosów. Film zaczyna się psuć w dość wyraźnym momencie, o którym pisał nie będę, bo byłby to spoiler, ale ma on miejsce gdzieś tak dokładnie w połowie i potem jest już tylko gorzej. W związku z czym ma się ochotę oglądać film dalej, bo początek jest zachęcający, ale im bliżej końca tym częściej włącza się tryb ziewania i nic się nie da z tym zrobić. I jakkolwiek film pełny jest fajnych dialogów, żartów itp., to jest zdecydowanie za rozwlekły, żeby się nimi nacieszyć. Ja wiem, Apatow chciał dobrze, ale cóż, nie do końca mu wyszło. 4(6)

No i generalnie to, że coś jest nie tak widać po tym, że najjaśniejszą postacią filmu jest Eric Bana w roli cokolwiek drugoplanowej. Przyćmił Sandlera, który przez cały film chodził z miną, jak gdyby nic mu się nie podobało oraz Rogena, który jakoś tak nie miał za dużo okazji do rozwinięcia skrzydeł i wzięcia filmu na swoje, dowcipne przecież, barki.
(899)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.