The Adventure of Iron Pussy

Tak, była to prawdziwie niezapomniana noc z kinem tajskim… Choć wszystko zaczęło się od… hmm… kina? wietnamskiego, czyli krótkiego shorta, a raczej pokazu slajdów z życia młodej wietnamskiej szesnastolatki, która lubiła tańczyć hiphop. Nie do końca wiem, o co chodziło, bo ów pokaz slajdów okraszony był komentarzem z offu, który to komentarz zawierał same banały typu „Chi oddycha powietrzem”. Na szczęście pokaz skończył się akurat wtedy, gdy już zaczynałem żałować, że wybrałem się do Muranowa. Nie wiem co to było, ale jako przystawka się nie nadawało. Szczególnie, że zaczęło się bez słowa wprowadzenia ani nic. Pewnie chodziło o to, żeby potem już gorzej być nie mogło.

Po pokazie wietnamskich slajdów pojawił się pan z mikrofonem i powiedział, że w Tajlandii ludzie się bawią nieco inaczej niż w Wietnamie. Następnie rzucił kilka ignoranckich bzdur na temat Bollywoodu (człowiek całe życie się uczy – „The Adventure…” to hołd dla tajskich filmów muzycznych z lat 60-70, na których wzorowali się m.in. filmowcy z Bollywoodu. Tyle, że myślę, że „Iron Pussy” jednak jest dużo lepszym filmem od tych bollywoodzkich” ble ble) i zaprosił do wysłuchania słowa wstępnego, które wygłosić miała niejaka Rafalala, najbardziej pokręcona kobieta jaką znał.

Rafalala uraczyła nas kilkuminutową opowieścią o kutasie. Kutas to, kutas tamto, kutas siamto… Aż strach było film zacząć oglądać. Iron Pussy, Kutas… Teraz sobie lukam w sieci za Rafalalą i okazuje się, że to celebrytka. No proszę, znowu kogoś sławnego spotkałem. Rafalala ma swojego bloga, na którym znaleźć można wiele romantycznych zdjęć:

I wiersz o Pei :) Sami se znajdźcie… 😛 O, seriale też robi 😉

No dobra. Po kutasowych opowieściach przyszedł czas na danie główne wieczoru, film twórców o bardzo łatwych do zapamiętania nazwiskach: Apichatpong Weerasethakul oraz Michael Shaowanasai. Tytułowa Iron Pussy za dnia pracuje w sklepie, a od czasu do czasu na zlecenie rządu przebiera się w damskie fatałaszki i wybiera na tajne misje. Bo Iron Pussy to tak naprawdę tajna agentka, która dba o dobro i porządek w swoim kraju przy okazji śpiewając od czasu do czasu i tęskniąc za wielką miłością. Gdy ją poznajemy akurat wyrusza na tajną misję związaną z podejrzanym Harrym bodajże, który jeszcze nic złego nie zrobił, ale prawdopodobnie zarabia skubiąc bogu ducha winnych Tajów.

Cóż rzec. Z pewnością specyficzne to kino, którego nie można raczej rozpatrywać w żaden inny sposób niż przez pryzmat egzotyczności. Walorów czysto filmowych dzieło to nie ma. Sprawia wrażenie zrobionego przez ekipę od kręcenia wesel. Nakręcone na taśmie VHS z muzyką rodem z keyboarda (celowo, wiem) nie różni się wiele od weselnych filmików (ciekawe kiedy do zobaczenia będzie nasza wspaniała improwizacja w Gliwicach na ślubie kumpla sprzed dwóch tygodni – wesele sprzed dwóch tygodni a nie ślub ;P). Jakość więc obrazu żadna (chyba, że nie rozumiem sztuki), a gdyby przez chwilę wczuć się w polskiego filmowca, to można by się poczuć po obejrzeniu Iron Pussy jak najlepszy reżyser na świecie.

Na szczęście dobre jest to, że na tym weselnym filmiku można się dobrze pobawić i szczerze pośmiać z niewidzialnych tygrysów, sznurowych pętli z gatunku „potworowi widać ekler” i innych nieporadnych rozwiązań często umieszczonych w filmie celowo, a czasem zapewne zupełnym przypadkiem. Filmowi pomaga wypełniona sala kinowa, bo często śmiechy współtowarzyszy niedoli dodatkowo nastrajają do dobrej zabawy, co po połowie filmu jest potrzebne, bo zaczyna nużyć. Co prawda zwrotów akcji (rodem z wenezuelskich telenowel) jest wiele (zastanawiamy się z Aśkiem, czy matka nie wiedziała jakiej płci oddaje dziecko do sierocińca), a wyobraźnia scenarzysty jest nieograniczona niczym i może sobie pozwolić na przeróżne wolty, przewroty i twisty, ale gdy już mija pierwszy, no może nie szok, ale mocniejsze wrażenie ze śpiewanych nagle piosenek, kopiących zady transwestytów i innych wynalazków, to cokolwiek by się nie działo jest już nudne. Bo i fabuła nie jest na tyle wciągająca, żeby ją śledzić z zapartym tchem, a wykonanie jest półamatorskie. Zatem do połowy można mówić o szalonej zabawie, a od połowy o przyzwyczajeniu, zobojętnieniu i chęci wyjścia z kina.

Problem jest też taki, że zapewne o wiele lepszą zabawę miałby ten, kto zna filmy, dla których „The Adventure…” było hołdem. Łapanie nawiązań i aluzji potrafi poprawić każdy seans. No ale niestety, z kinem tajskim sprzed dziesięcioleci jestem na bakier i nic nie wyłapałem. A gdybym o tym nie przeczytał to nawet bym nie wiedział, że aktorzy występujący w tym filmie byli dubbingowani przez podstarzałe już gwiazdy „tamtej ery”.

A na koniec pochwalimy, bo do tej pory można było nie zauważyć, że trochę pochlebnych słów padło. Bardzo podobało mi się wyraźnie czytelne nawiązanie do ery kina niemego, którym była jedna z retrospekcji. Po tym (i chyba tylko po tym :P) było widać, że za reżyserie wzięli się goście, którzy chcą robić kino, a nie vhs-owe filmiki dla jaj… No i jeszcze może plus dla głównej bohaterki – prawie nie wyglądała na chłopa! Ach, no i dla sceny ze stopą! Sami widzicie, było trochę pozytywów, a seans z pewnością nie był nieudany. Bądź co bądź przez półtorej godziny zetknąć się można było z czymś innym na co niekoniecznie mogły przygotować Priscilla czy inne To Wong Foo.
(875)

A zresztą, sami sobie trochę pooglądajcie. Z pewnością lepsza jakość niż wczoraj w kinie:

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.