Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Seventh Moon

Dużo szybciej niż się spodziewałem, dane mi zostało zobaczyć tytułowy film, którego trailer zaledwie parę dni temu tu wisiał w prevuesach nadchodzących atrakcji. Ciach mach i już poleciał na DVD ku mojej viewing pleasure. Choć jak wiadomo z tymi pobożnymi życzeniami twórców filmów różnie bywa – życzą człowiekowi viewing pleasure’a i dają jakąś rzadką kupę, której oglądać się nie da. Szczególnie w przypadku horrorów, z których znacznie bardziej trudno oddzielić ziarno od plew niż w przypadku powiedzmy dramatów obyczajowych. No ale też horrorów x razy więcej się kręci niż dramatów. A czasem zdarza się, że i dramat jest horrorem dla widza… Odbiegam od tematu. Jak to ja.

Jak więc to było w przypadku „Seventh Moon”? Rzadka kupa czy viewing pleasure? Prognozując przy okazji trailera napisałem, że: „dddd – Wygląda na niezły luciofulciowy oldskul. Czyli dobrze.”. No i jakoś tak strasznie się nie pomyliłem. Zdecydowanie bardziej QL niż QPA był ów film, choć luciofulciowizmu było w nim mało, ze wskazaniem na tyle co nic. W każdym bądź razie prognoza moja okazała się trafna i dobrze, bo za sytuację idealną uważam fakt, gdy film po którym oczekuję, że będzie QL jest QL. W końcu te filmy, które mnie po trailerach zainteresują lecą na pierwszy ogień, a straconego czasu na seans zawsze szkoda. Życzę więc sobie samych trafnych QL-i, a moje życie kinomaniaka stanie się prostsze. Choć nie da się ukryć, że łatwiej napisać reckę kupowatego filmu – większe pole do popisu dla wrednej i czepliwej natury… Odbiegam od tematu. Jak to ja.

Dwa słowa o fabule, która zresztą nie wymaga więcej niż dwóch słów. Młode małżeństwo (czy też narzeczeni dopiero, umknęło mi) podróżują sobie po Chinach. Mają pecha, gdyż według lokalnych legend, siódmego miesiąca księżycowego w czasie pełni otwierają się bramy piekła, przez które do świata ludzi przedostają się demony. A że akurat jest siódmy miesiąc księżycowy i pełnia…

I w tym momencie płynność pisania recenzji została zakłócona, bo zostałem zawezwany i wróciłem przed ekran monitora półtorej godziny później. I jak tu zebrać z powrotem porozrzucane myśli? Odbiegam od tematu. Jak to ja.

„Seventh Moon” wyreżyserował i napisał Eduardo Sanchez. Pan Sanchez to koleś, który prawdopodobnie nie ma wiele pomysłów, a jednego nie chce w kółko eksploatować.  W wyniku tego robi filmy bardzo rzadko, a jak już to są takie same. Trzęsiemy kamerą i wypuszczamy bohaterów w nocy do lasu. Przy okazji „Blair Witch Project” było w tym trochę świeżości i innowacji (piszę „trochę”, bo jednak już choćby „Cannibal Holocaust” „wymyślił” dla horroru pseudodokumentalność) popartej znakomitą akcją marketingową i trzeba przyznać, że ładnie to wypaliło. Można się kłócić co do tego, czy BWP był dobry czy nie, ale faktem bezsprzecznym jest to, że swoje miejsce w historii kina sobie zaklepał. „Seventh Moon” takie coś nawet nie grozi, a i o świeżości i innowacji nie ma co mówić, ale trzeba przyznać, że film wyszedł solidny i pan Sanchez nie ma się czego wstydzić. Szczególnie, że nie epatuje nas swoją twórczością jak taki np. Takashi Shimizu, któremu nie wstyd było nakręcić plus minus sześć takich samych filmów. Trudno, żadnych innych pomysłów na horror nie ma, ale ma też ciut wstydu, żeby wciskać nam w kółko to samo. A i ostatecznie wystarczająco dużo czasu od BWP minęło, żeby lekko zmodyfikować pomysł i sprzedać go na nowo. Na DVD to wystarczy, a i na klimatyczny seans też spokojnie i bez problemu.

Pisać o „Seventh Moon” jest prosto, bo wystarczy napisać, że to skrzyżowanie „Blair Witch Project” i „The Descent” i już cała recenzja. Wszystko wiadomo. Stylizowane na dokument zdjęcia dostarczają wystarczająco wrażeń, żeby nocną porą się wystraszyć, a przecież o to w horrorze z grubsza chodzi. Dużo tu ujęć lasu w nocy i nigdy nie wiadomo co z niego wyskoczy, a to sprawia, że jeśli tylko wczujemy się w klimat i uruchomimy wyobraźnię, to radość z seansu będzie znaczna. Oczywiście na dłuższą metę gapienie się w las jest męczące i film osiągnął ten moment, w którym przewijałem go lekko do przodu, ale też film nie jest na tyle długi i jednostajny, żeby po nim jeździć. 4(6) zasłużone, bo stratą czasu nie jest. Tak samo jak i nie jest arcydziełem. Ot solidny horror, któremu służy to, że na świecie jest dużo więcej kiepskich horrorów, na tle których łatwiej się wybić. Cóż, w królestwie ślepców jednooki jest królem…
(867)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.