Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Halloweenowy Weekend Filmowy – Oneechanbara: The Movie

„Oneechanbara: The Movie” aka „Onechanbara – Zombie Bikini Squad”

W zasadzie recenzja tego filmu powinna być krótka i brzmieć tak: zombie, krew, katana, laska w bikini, Japonia. Ale co szkodzi napisać dwa słowa więcej? Nic.

Pozwólcie więc, że wprowadzę Was w zawiłości skomplikowanej fabuły tego filmu. Oto główna bohaterka ubrana w kosmate bikini przemierza świat przyszłości opanowany przed hordy dzikich zombie w poszukiwaniu swojej siostry. Koniec.

„Oneechanbara” to ekranizacja gry komputerowej i jak przystało na japońska produkcję posiada wszystkie elementy, które pozwalają stwierdzić, że takie filmy to tylko w Japonii kręcą. Produkcja jest niewielkobudżetowa, ale z pewnością dużo lepsza niż wariactwa typu „Tokyo Gore Police„. Wykonanie jest lepsze i historia bardziej normalna, choć przez większość czasu i tak trąci teatrem telewizji. Ubogie plenery i scenografie, niewielka obsada i takie sobie efekty specjalne nie pozwalają zapomnieć o tym, z dziełem jakiego kalibru mamy do czynienia. Ale kto to lubi ten nie będzie narzekał. A kto nie lubi to nawet nie przejdzie w okolicy tego filmu.

Dzieło to nadaje się w sam raz na jakieś halloweenowe oglądanie jednym okiem w trakcie zwariowanej imprezy w azjatyckich klimatach. Można pobrechtać, zająć się czymś innym podczas chwil, kiedy na ekranie nie ma żadnej naparzanki, a potem spokojnie przejść do oglądania kolejnego idiotyzmu. idiotyzmu dla normalnego widza, bo takie filmy przeznaczone są raczej dla konkretnego odbiorcy, który w takich klimatach gustuje. Choć z drugiej strony kto nie gustuje w laskach w bikini uzbrojonych w śmiercionośny miecz? ;P

„Onee…” to taki japoński „Resident Evil”, w którym Umbrellę zastąpiła korporacja D3 i w którym zombiaki nad wyraz żywotne są. Żywotność ta jednak na niewiele im się zdaje, bo głównie pojawiają się po to, żeby je przeciąć na pół, odciąć im łeb, czy skaleczyć w jakiś inny sposób. I tu dochodzimy ponownie do kwestii efektów specjalnych, które zastosowane tu zostały głównie po to, żeby dzięki nim kogoś skrzywdzić. 90% krwi wygenerowana została w komputerze i to niestety za bardzo widać (choć nie aż tak bardzo jak efekty postrzałów), ale jak się tak zastanowię to wolę już takie efekty niż badziewne kukły ze wspomnianego „Tokyo Gore Police”, które krwawiły z siłą wodospadu przez pięć minut. Nie da się jednak ukryć, że wolałbym, żeby tak zaawansowany technicznie naród jak Japończycy wymyślili jakieś lepsze krwawe efekty, a nie takie na odwal się. Bo bez odpowiedniego nastawienia to wyglądają one po prostu źle.

Na koniec dodam jeszcze, że film powinien znaleźć się w Księdze Rekordów Guinnessa przynajmniej w dwóch kategoriach:
– Najszybsza filmowa postać – główna bohaterka nie tylko unika kul dwa razy lepiej niż Neo, ale i skutecznie umyka spowodowanym przez siebie skaleczeniom przeciwników. Choć krew w jej pobliżu leje się strumieniami, to przez większość filmu na jej ciało nie spadła ani jedna jej kropla.
– Najczęstsze zaplamienia krwią obiektywu kamery.
3+(6)
(878)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.