Glee

No cóż, słabo mi idzie zapowiedziane kiedyś tam nieoglądanie nowych seriali. Z drugiej strony lista tych, których nie tknąłem i tak jest długa, więc nie czuję wyrzutów sumienia. Szczególnie, że raczej na pewno ich nie ruszę. A druga sprawa jest taka, że ja się w zasadzie trudno wciągam w seriale i nawet jeśli jakoś przypadkowo mi się pokaże, to szybko daję mu prywatnego cancela. W zasadzie, rzucam okiem tylko na te najgłośniejsze, a testowanie innych zostawiam komu innemu. Z nadzieją, że jeśli je gdzieś pochwali to ja to przeczytam i też potem obejrzę.

Tak, wiem, „Chuck”, „Chuck”, Chuck”… Kiedyś tam. Moja ochota na seriale nie jest aż tak duża, żeby zaraz wszystko jak leci oglądać.

„Glee” kopnął zaszczyt obadania przeze mnie głównie dzięki przeczytanemu gdzieś tam tekstowi, że ktoś tam ocenił wszystkie tegoroczne premiery serialowe układając je w listę od tych, które zobaczyć najbardziej warto, po te, których oglądanie jest stratą czasu. Na samym szczycie były dwa seriale – „Glee” i drugi, którego tytułu nie pomnę. Szczególnie zaś właśnie „Glee” mnie zainteresował, bo wyglądał z fotek na tyle tandetnie, że aż musiałem sprawdzić o co chodzi z tymi wysokimi ocenami dla serialu. Sprawdziłem i nie dziwię się ocenom. Mnie też kupił.

Sprawa jest prosta. „Glee” to połączenie „Ugly Betty”, „High School Musical” i „Moulin Rouge!”. Tego pierwszego ze względu na przesłodzoną stylistykę, tego drugiego ze względu na miejsce akcji, a tego trzeciego ze względu na repertuar, na który składają się covery piosenek znanych i tych znanych trochę mniej. Oto nauczyciel hiszpańskiego w liceum postanawia skorzystać z okazji i zaopiekować się szkolnym chórem, do którego sam kiedyś w latach jego świetności należał. Lata świetności się jednak skończyły i aktualnie szkolny chór zamienił się w siedlisko najmniej popularnych uczniów w całej szkole. Utalentowanej i przemądrzałej zarazem brunetki z przerośniętym ego (tu trochę pojechali kliszą, bo trudno zrozumieć, dlaczego nie jest popularna, nie ma chłopaka i wszyscy sobie z niej żartują; przecież charakter to nie wszystko, a oprócz niego ma jeszcze („smoking hot body… no chyba, że ktoś lubi piersi”), jeżdżącego na wózku inwalidzkim okularnika, prawdopodobnie geja lubiącego się modnie ubrać, big mamy prosto z getta i jakiejś takiej anonimowej zupełnie Azjatki z niebieskimi pasemkami. Mimo to nauczyciel nie traci zapału i robi wszystko, aby do zespołu dołączyli kolejni uczniowie. A sprawa nie jest łatwa, bo chór jest synonimem obciachu, a na dodatek do jego całkowitego zamknięcia dąży po trupach opiekunka odnoszącego sukcesy kółka pomponiar.

No i w zasadzie wszystko już wiadomo. Chórzyści pokonują kolejne przeszkody nabywając przy okazji coraz więcej pewności siebie, źli ludzie knują na lewo i prawo, ale ich intrygi rozbijają się o przysłowiowy kant dupy, a wszystko to podane w lekki i żartobliwy sposób z odrobiną powagi, ale niezbyt dużą. Generalnie rzecz biorąc to kolejny serial chyba dla nastolatków zrealizowany w myśl zasady: jeśli chcesz możesz być… yyy… kim tylko chcesz… yyy). Piszę „chyba”, bo ja nastolatkiem nie jestem, a do mnie trafił. W każdym bądź razie nie jest to kolejna produkcja Disneya, jakich pełno w telewizji, ale przy zachowaniu młodzieżowej stylistyki i problemów dorastających nastolatków jednocześnie oferuje coś, co z pewnością kupią nie tylko zakochane w Hanie Montanie siuśmajtki. A w zasadzie to przede wszystkim nie takie właśnie siuśmajtki, bo „Glee” zdecydowanie wybija się ponad młodzieżową sztampę oferując widzowi miłe spędzenie czasu w rytm znanych przebojów i scenariuszowych komplikacji. A także dość czarnego momentami humoru, który zawsze jest w cenie.

W głównych rolach wystąpili w „Glee” aktorzy, którzy do tej pory głównie sprawdzali się w broadwayowskich przedstawieniach, stąd oczu nie męczą znane serialowe facjaty. Co do niektórych wyborów można by się posprzeczać (nie mam przekonania do pana nauczyciela, ale się przyzwyczajam), ale jak na debiutantów (w sporej większości) to nie ma na co narzekać. Zresztą ich głównym zadaniem jest śpiew i taniec, a z tym radzą sobie bez zarzutu, w czym pewnie spora zasługa fajnych aranżacji i [nosz, kypba, słowa mi brakuje!! mam!! DYNAMICZNA] dynamicznej choreografii. Większość piosenek to klasyczne samograje. A pośród bardziej znanych twarzy w serialu przewija się sobowtór Anny Faris – Jayma Mays oraz Stephen Tobolowsky, którego dawno nigdzie nie widziałem, a który kiedyś grał w co drugim filmie. Jest też znana z filmów bandy Apatowa – Jane Lynch.

No i na koniec dwie refleksje z glee’owego seansu:
– Ciężki ze mnie odbiorca seriali. Nie dość, że bardzo trudno jest zrobić serial, który będę regularnie oglądał, to na dodatek trudno zrobić serial, za którym bym oszalał i sławił go pod niebiosa. Naczytałem się, że „Glee” jest genialny, taki, śmaki i mimo że mi się podoba i polecam go do obejrzenia, to jednak tej genialności nie widzę i nie obgryzam palców w oczekiwaniu na następny odcinek. Owszem, „Glee” jest serialem bardzo dobrym, wciągnąłem się w niego, bardzo polubiłem, a nawet w trakcie oglądania pierwszy raz w życiu zakrztusiłem się kawą podczas oglądania czegokolwiek, ale prawdopodobnie epitetu większego niż „bardzo coś tam” ode mnie w jego kontekście nie usłyszycie. Co nie zmienia faktu, że niektóre serialowe piosenki obejrzałem po kilka razy.
– Oj, trzeba by puścić „Glee” twórcom „Tancerzy”. Niebo a ziemia.

EDIT:

Trailerek:

I jeszcze raz piosenka, którą słucham dziś na okrągło w wersji full:

I w wersji oryginalnej. KILK, bo nie chce mi się przerzucać 😛

A to jeszcze „Somebody to Love” zanim usuną, skoro już edytuję o filmiki.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.