Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

The Good Wife

Pozdrowienia z pociągu do Wrocławia. Pozdrowienia rzucane ślepo w eter, bo nie dorobiłem się jeszcze mobilnego internetu i mogę sobie co najwyżej postukać w laptopa, ale do sieci nie wlezę. Zresztą, w pośpiechu i tak nie ma gniazdek, więc bateria długo nie pociągnie. Godzina dwadzieścia dwie minuty i po mnie. Trochę kałowo, bo ta podróż do Wrocka potrwa jeszcze z pięć godzin. Łotewer. Jeden odcinek „The Good Wife” obejrzę. In fact, właśnie jestem w trakcie oglądania i na chwilę tylko przerwałem, żeby naskrobac te parę słów, które potem być może uda mi się wyekspediować do world wide webu.

Miałem się w żaden nowy serial nie wciągać, ale naczytałem się sporo dobrych opinii o serialu z tytułu tej notki i postanowiłem dać mu szansę. Co to komu szkodzi, najwyżej czterdzieści minut wydrę z życiorysu, który na najbliższe godziny i tak jest skazany na bierne siedzenie w przedziale dla palących, choć dymu papierosowego nie znoszę.

Jestem zatem po pięciu minutach „The Good Wife”, który najpierw poznałem od zobaczenia jego plakatu, czy tam inszego zdjęcia go promującego. Byłem przekonany, że jest na nim Famke Jansen. A tymczasem to Julianna „Ostry dyżur” Margulies była. Niespodzianka. Pierwsze pięć minut obiecujące. Najbardziej obiecująca jest Christine Baranski, która rządziła w „Mamma Mii”. Fajnie, że i tu jest. Inną fajną sprawą był w tych pierwszych pięciu minutach dzwonek komórki głównej bohaterki ustawiony na teściową. „The Twilight Zone”, takie niuansiki się docenia! Szczególnie, że sam mam w podobną mańkę ustawiony dzwonek na moją mamę. Z tym, że u mnie jest to melodyjka z „Nieodebranego połączenia” 😉 Dobra, oglądam dalej.

Bohaterką serialu jest żona prokuratora stanowego, która po skandalu obyczajowym z udziałem swojego małża postanawia wrócić do zawodu. A jako że z wykształcenia jest prawniczką, to podejmuje pracę w mięsnym. Żartuję, po znajomości załapuje się do kancelarii, gdzie… Tego jeszcze nie wiem, bo jestem w siódmej minucie serialu. Znów przerwałem oglądanie, bo tak sobie pomyślałem, że „The Good Wife” to taki product placement Hilary Clinton na następne wybory prezydenckie i to tylko taka luźna myśl była do tej siódmej minuty, w której urzeczywistniła się w postaci zdjęcia w gabinecie pani Baranski. Na zdjęciu była pani Baranski w towarzystwie Hilary.

Jest też piesiek. Asiek byłaby wniebowzięta. No i Hinduska asystentka. Znaczy, że jest też, a nie że też by była wniebowzięta ;P

Najpierw „Strefa mroku” teraz „Faces of Death”. Nonono, scenarzyści lubią klasykę, jak widzę… . Szacun +10.

Obejrzane. Do końca baterii pozostało 12 minut niestety, więc szybciutko i króciutko: fajny pilot, choć bez jakichś większych szans na kult chyba. Wartka historia, dobre dialogi, nuda niezauważalna i sporo poczucia humoru (uśmiałem się na cały przedział parę razy) – w sam raz na pooglądanie raz na tydzień, choć bez czekania na następny odcinek. Solidna pozycja, której oglądanie będę kontynuował (skoro oglądam „Naznaczonego” to nie wypada olewać „The Good Wife”, bo zalatywałoby to hipokryzją). No i zaskakujący duet producentów na koniec (początek creditsów) – bracia Ridley i Tony Scottowie. Nie przypuszczałem, że to ich produkcja.

Amerykanie seriale robić potrafią i „The Good Wife” the good proofem na to, że tak właśnie jest. Ale fanklubów i setki poświęconych serialowi for internetowych nie przewiduję. Napisałbym jeszcze o cienkich postaciach męskich, ale bateria mi miga, że finito, więc nie napiszę i kończę odchodząc w pociągową nudę. Niestety, Asiek zarekwirował mi słuchawki od komórki i nawet radia sobie nie posłucham. Buuuuu.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.