Surogaci [Surrogates]

Prawda bezsprzeczna wyniesiona z dzisiejszego dnia jest taka, że „Surogatów” nie powinno oglądać się jednego dnia razem z „Bękartami wojny„, bo automatycznie ocena tego pierwszego musi spaść w konfrontacji z wielkim kinem. A „Surogaci” to raczej nie kino tylko popcorn co najwyżej.

Tak, wiem, to niezdrowe trzeci raz iść na jakiś film do kina, ale to zupełnie przypadkiem wyszło. Nie planowałem tego wyjścia, nie liczyłem na to, że dojdzie do skutku, nawet aż tak go nie potrzebowałem. Ot, koledze dopomogłem przy okazji trzeci raz dobrze się bawiąc. Gambit z kimś kumatym chciał iść akurat na ten film. Po seansie stwierdził, że to „najlepszy film Tarantino po Pulp Fiction”. No ale ja nie o „Bękartach…” pisać miałem.

Niedaleka przyszłość. W idealnym świecie nie ma przestępstw, a ludzie mogą spełniać swoje najskrytsze marzenia. Wszystko dzięki surogatom, które łączą w sobie siłę maszyny i piękno ludzkiego ciała. Innymi słowy kupujesz sobie sztucznego siebie, siadasz wygodnie w fotelu i posyłasz sztuczniaka zamiast siebie do roboty kierując jego ciałem i jego umysłem. W związku z czym ludzkość przeszła do mieszkań, a po świecie plątają się same roboty, tytułowe surogaty of koz. Całość jednak bierze w łeb, gdy ginie kilku operatorów takiego surogata. Rzecz to bezprecedensowa i grożąca dojściem ludzkości do wniosku, że surogaty wcale nie są takie super. Na co tylko czeka grupa anarchistów, która zamiast „przebierać się” w wyfotoszopowane surogaty woli zarastać brudem i słuchać kazań Vinga Rhamesa.

W kinach posucha, a gdy w kinach posucha to człowiek na byle co pójdzie, byle tylko dawało jakąś nadzieję na niezobowiązującą rozrywkę. Ile można w kółko „Bękarty…” oglądać i czekać w nieskończoność na fimy, które od dawna są dostępne w wersjach DVD („Przypadkowy mąż”, „Fighting” czy tam inny „District 9”). Wychodząc z tego założenia trafiliśmy z gambitem na tytułowy film, bo i jakieś wybuchy w trailerze były i Bruce Willis, którego obecność w filmie jak na razie zawsze jest zachęcająca. Generalnie więc wyglądało na odmóżdżacz, ale z nadzieją na coś lepszego, którą to nadzieję dawał Bruce. Niestety, nadzieja po raz kolejny nie pokochała swoich dzieci.

Jeden plus filmu znaleźć potrafię. Jest dokładnie taki, jak wygląda z trailera. I tylko ten Bruce nieszczęsny kazał choć trochę przypuszczać, że jest co liczyć na troszeczkę więcej. Noi Jonathan Mostow za kamerą, którego „U-571” i trzeci „Terminator” nie były przecież takie złe. Dlatego się skusiliśmy, bo przecież nawet ślepy na jedno oko, by dostrzegł po zwiastunie, że „Surogaci” to typowy film, na który wybierając się do kina stajesz się ofiarą swojej naiwności, a nie tego, że film był takise. Bo dokładnie taki wskazywał trailer.

Spać mi się chce. Gdybym się powtarzał to się nie przejmujcie. Albo i przejmujcie, bo już mądrzej nie będzie do samego końca. Nie bardzo wiem co piszę, a moje skupienie sięga nie dalej niż do poprzedniego zdania. Stąd nie wiem, co napisałem dwa zdania wcześniej. Ba, przed chwilą skasowałem napisane słowo „ztąd”…

To może lepiej skończyć niż pisać bez sensu? Może. „Surogaci” to biedne widowisko dla niewymagającego widza. Miłośnicy czegokolwiek co filmowe (czy to moralny niepokój, czy lanie po mordach) z pewnością nie znajdą tu nic dla siebie i w sumie to nie wiem, czy ktokolwiek coś tu znajdzie. Może jakiś dwunastolatek, choć myślę, że ci to już nie takie cuda oglądają. Film Mostowa jest nijaki, trochę posmęcą, trochę powybuchają i film się kończy. Intryga kiepska, aktorstwo takiese („Brus bez onelinera pod ręką to kiepski aktor” (c) gambit), efekty specjalne standardowe – ogólnie takie niewiadomoco. Może ciut lepsze od „Szóstego dnia” z Arniem, a na pewno dużo gorsze od „I Robot”.

No i generalnie jedna wielka bzdura z tymi surogatami, bo za chiny ludowe nie kumam jakim cudem ich wprowadzenie mogłoby spowodować, że rozwiązany zostałby problem morderstw. Wręcz przeciwnie, jest jeszcze prościej. Surogat sobie gdzieś idzie, ty nim kierujesz, a w tym samym czasie bezbronny leżysz w łóżku i można z tobą zrobić co się komu żywnie podoba. A już pomijam fakt, o którym pisał nie będę, bo zaspoileruje cały film. A to tylko jedna z wielu bzdur tego filmu, którego sensu nie da się wytłumaczyć zwykłym „bo tak”. Owszem, parę ciekawych możliwości tak zaistniałej sytuacji reżyser nam pokazał, ale to były jedynie jakieś drobne epizodziki mniej lub bardziej zabawne. Pozostała do rozwiązania cała reszta problemów, o których w filmie zapomniano lub nie chciano pamiętać, bo to przecież film sensacyjny, a nie moralitet. I fajnie, nie ma sprawy. Ale gdy film jako odmóżdżacz przestaje się sprawdzać, to człowiek z nudów duma nad różnymi „ale”, które sprawiają, że taka wizja przyszłości wydaje się zupełnie niewiarygodna.

Toteż siedzieliśmy sobie z gambitem i zastanawialiśmy się podczas seansu nad różnymi rzeczami od tego po ile chodzą surogaty na allegro i jakie są opisy ich aukcji, po problemy natury moralnej typu: czy są jakieś obostrzenia zakazujące chodzić surogatom bez ubrania. Nie mogliśmy też rozkiminić tego, jakim cudem mając do wyboru miliony różnych fryzur, bohater grany przez Bruce’a wybrał akurat ten blond koszmar.

3(6). Może i wysoko w porównaniu do tego, co wynika z recki, ale jak już niejeden raz pisałem: i tak filmy z ocenami poniżej 4-(6) uważam za jednakowe cienizny.
(863)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.