Stan gry [State of Play]

Doświadczony dziennikarz Cal McAffrey (Russell Crowe) nie ma najlepszego zdania o blogerach. Uważa ich za dziennikarzy drugiej kategorii nie szczędząc im ironicznych komentarzy. A właściwie to chyba nie uważa ich za dziennikarzy w ogóle. Tym bardziej trudno dziwić się jego irytacji, gdy gazecie, dla której pracuje zatrudniona zostaje Della Frye (Rachel McAdams), która prowadzi gazetowego bloga. Cal nie może nadziwić się tym zmianom, szczególnie że Della ma dostęp do najnowszej technologii podczas gdy on biedny jeździ rozklekotanym Saabem i pisze swoje artykuły na piętnastoletniej maszynie. Nic więc dziwnego, że pomiędzy tą dwójką dochodzi do rywalizacji i wzajemnych przytyków, które być może przeminą, gdy ramię w ramię zajmą się sensacyjnym materiałem, choć nic nie wskazuje na to, że dwa odrębne światy kiedykolwiek się zrozumieją. Tak jak dziennikarz zawsze z góry spoglądać będzie na blogera.

Thriller sensacyjny Kevina Macdonalda w jednoznaczny sposób odpowiada na pytanie: kto wychodzi zwycięsko z pojedynku bloger kontra dziennikarz? Obserwując dwa przenikające się światy…

No dobra, bo długo bym tak mógł. Żartowałem. To znaczy nie żartowałem, bo „Stan gry” to taka kryptoreklama dziennikarstwa gazetowego, za którą pewno zabulił jakiś prasowy magnat. Taki sprytny product placement schowany pod sensacyjną historią o śmierci kochanki pewnego kongresmana i tym, co owa śmierć wywlokła na światło dzienne. Człowiek więc myśli, że ogląda thriller polityczny, pełen intryg, niebezpieczeństw i tego typu sensacji, a tymczasem po cichutku łyka sobie teksty typu: „nie napiszę o tym na blogu, bo ten materiał zasługuje na premierę w papierowej gazecie, którą każdy weźmie sobie do ręki” i widoki poetycko niemalże drukującej się prasy. I choć na koniec roztrzepana blogerka dostąpi zaszczytu wstąpienia w dziennikarskie grono, to nie ma mowy o przekazie mówiącym, że bloger to też dziennikarz. O nie, ze „State of Play” wyniesiemy morał taki, że nasza roztrzepana dziewczyna jest za dobra by być blogerką. Ach, ona może wstąpić do panteonu dziennikarzy starej daty i zostawić ten wynalazek, jakim jest blog, który pewnie przeminie tak szybko, jak się pojawił.

Z pewnością przy produkcji filmu pracowało dwóch partaczy. Jeden z nich odpowiedzialny jest za obsadzenie w roli poważnego senatora Bena Afflecka. Nie no, serio. W filmie w kółko słyszymy „panie senatorze to”, „panie senatorze tamto”, a widzimy, że mówią do Bena Afflecka. Kaman. Drugi zaś partacz wymyślił fryzurę Russellowi Crowe, który SOP wkroczył w dumne szeregi filmowych fryzur z gatunku Kevina Costnera w „Bodyguardzie” itp. wynalazków krótko z przodu długo z tyłu. Akademia im. Jacka Ziobera otworzyła swoją filię w Hollywood. Crowe zamiast skupić się na grze, to w co drugiej scenie odgarnia włosy z czoła.

A pomijając tych dwóch partaczy i product placement dziennikarstwa (fajny był też pp FedEx-u w jednej scenie, ale to tak na marginesie; typowa polska szkoła pp), nadal zostaje niezły film, który spokojnie można obejrzeć bez poczucia straconego czasu. Już w przypadku trailera pisałem, że cudów nie ma się co spodziewać i rzeczywiście – żadnych cudów nie było. Ot standardowy film na 4(6), przy czym im dalej tym sympatyczniej mi się go oglądało i parę tekstów wzbudziło uśmiech na mojej twarzy przeto awansował na 4+(6). I generalnie może by i było lepiej, gdybym się strasznie przejął rzeczą, która zapewne miała być podstawowym szokiem dla widza. Nie uwierzycie, ale całe amerykańskie wojsko wkrótce zostanie zastąpione cichaczem przez prywatną firmę wojskową, która na operacjach w Iraku i Afganistanie czerpie miliardowe zyski! Senator to odkrył i teraz chce ich zdemaskować! Ziew. Serio, co mnie to obchodzi. Że zacytuję na koniec klasyka (gambita ;P): „Z tą firmą to w ogóle fajny myk. Wymyślasz jakieś fikcyjne założenie i wg tego fabułę układasz. Ma to niby jakieś odbicie w rzeczywistości, ale w sumie równie dobrze mogliby prywatnej firmie kazać przejąć kontrolę nad całą amerykańską wodą, zamordować panią geolog i też masz dramat”.

No właśnie, słowo klucz: amerykańską. A my tu w Polsce jesteśmy i co nas to obchodzi? My was nawet nie lubimy, bo jakieś popierdółki na 1 września przysłaliście! W związku z czym, prawda objawiona przez „State of Play” nas nie zaszokuje ani nawet nie zmusi do oburzenia. Sori. Dlatego więc film, choć dobry (ekranizacja jakiegoś serialu BBC tak BTW) oscyluje w okolicach 4(6), a nie sięga po szczyty.
(857)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.