Oszukać przeznaczenie 4 – 3D [The Final Destination]

Stało się. W końcu dotarłem do kina na film nakręcony w technice 3D. Strasznie żałowałem, że nie udało mi się w ten sposób obejrzeć Krwawych Walentynek, więc „Oszukać…” nie mogłem darować, choć międzynarodowy spisek telepatów najwyraźniej uwziął się na mnie i powstrzymywał na każdy możliwy sposób. No dobra, tylko na jeden, ale i tak było to uciążliwe, kiedy stałem i stałem i stałem na tym przystanku tramwajowym czekając na ósemkę, która nie chciała przyjechać.

A nawet gdybym nie dotarł, to i tak „Oszukać…” nie byłoby ostatnią szansą na to, żeby zobaczyć, jak wygląda film 3D pokazany w kinie. Aktualnie filmowcy (horrorowi głównie) przypomnieli sobie o tej sprytnej iluzji i czeka nas jeszcze trochę tytułów uzupełnionych o magiczną frazę 3D. Pierwszy z brzegu „Pirania 3D”. Piszę „przypomnieli”, bo to nie pierwszy raz, kiedy kino zapragnęło zrobić na widzu – dobre trzydzieści lat temu trójwymiarowy wynalazek przewinął się po kinach nie robiąc większej kariery i będąc zapomniany na dziesięciolecia. Kolejna próba wskrzeszenia 3D dla kina też wydaje się być skazana na porażkę, bo nie przeczę, przenosi oglądanie filmu na zupełnie inny poziom, ale chyba tylko  w kategoriach jednorazowej, lub bardzo rzadkiej odmiany. Nie wyobrażam sobie bowiem, że wszystkie filmy jak leci miałbym oglądać w 3D. Filmowcy pewnie mają odmienne zdanie na ten temat, bo na chłopski rozum razem z 3D pozbyliby się problemu kinówek. Choć pewnie już wymyślono taką technikę, żeby bez problemu screenery z pokazów 3D robić.

A zresztą cyknąłem komórę kilka eksperymentalnych fotek. Jedne wyszły lepiej, inne gorzej (to chyba wynika z samego filmu – jak pisałem sprawdzałem jak wygląda bez okularów i raz był bardziej 3D, a raz mniej, wręcz całkiem normalny), wszystkie bez wyjątku ciemne.




Z drugiej strony 3D wcale nie jest skazane na porażkę, tylko wydaje mi się, że jego popularność wzrosłaby wraz z polepszeniem się warunków do podziwiania efektów trójwymiarowego kina. Na chwilę obecną dość uciążliwym wydaje mi się siedzenie półtorej godziny w okularach, które ani przez chwilę „nie pozwalają” zapomnieć, że ma się je na nosie. Spędziłem dobre kilka minut na układaniu ich na nosie – bez większego efektu. Szczególnie że co jakiś czas sprawdzałem „a jak widać bez okularów?” i porównując jeden obraz do drugiego. Inną uciążliwością w 3D jest też dla mnie to, że cały film jest jakiś taki przyciemniony i nawet za dnia wygląda jak gdyby nad ekranem unosił się smog. Innymi słowy – doceniam efekty 3D, ale uważam, że wraz z zyskami, widz dostaje także pewne straty, które niekoniecznie równoważą zyski.

Tak czy siak trójwymiarowe złudzenie rzeczywiście fajne jest. Świetnie widać to po wmontowanych napisach, które zdają się wisieć w powietrzu między jakimiś niewidocznymi warstwami. No i po tym, do czego ta trójwymiarowość wykorzystana została w pierwszej kolejności – interakcji widza z oglądanym obrazem. Dzięki 3D bryzgają na niego flaki, śrubokręt przelatuje przez niego na wylot, a co jakiś czas trzeba uchylać się przed odłamkami. Szczególnie fajnie zrobiony został eskulap (ukłon reżysera dla swojego poprzedniego filmu Snakes on the Plane?) i tlący się iskierkami kawałek czegoś tam. Naprawdę robiło fajne wrażenie. Ale jak mówię: zobaczyłem raz, pewnie jeszcze parę razy zobaczę i mi wystarczy.

No ale, ale. Tyle piszę, a jeszcze tak naprawdę ani słowa o samym filmie nie napisałem. I wiele się nie zmieni, bo ten film jest właśnie taki, jak ta jego recka. 3D, 3D, 3D, a potem daleko, daleko, daleko dopiero sam film, którego założenie nie różni się w ogóle (bo i niby czemu miałoby) od pozostałych filmów serii. Oto grupka młodych ludzi idzie sobie na tor wyścigowy pooglądać ścigające się samochody. W wyniku katastrofy ginie wiele osób, a wśród nich byliby też ci młodzi ludzie, gdyby jeden z nich nagle nie doświadczył wizji i tuż przed wypadkiem zabrał z trybun kilka osób. Coś, co wygląda na happy end jest jednak niczym więcej jak tylko happy beginningiem, bo potem za każdym z uratowanych gania niewidzialna Śmierć, która w planach ma zabranie tego co jej do swojego królestwa.

I tak przez 1:15. Lista ofiar jest znana, Śmierci pozostało jedynie odhaczanie kolejnych pozycji z tej listy. Sensu większego w tym nie ma, Śmierć najwyraźniej wie, że dzieci raczej na ekranie zabijać nie wypada i daje im święty spokój, a już na największą bzdurę zasługują próby powstrzymania Śmierci. Bohaterowie oświadczają, że pogrzebali na internecie i znaleźli sposób. Sposób jest niczym nieuzasadniony, modyfikowany według widzimisię bohaterów i ich dobrej woli i w ogóle znalazł się tam chyba tylko po to, żeby sprawiać iluzję (kolejną po 3D) posiadania przez film jakiejś fabuły. Śmiechem prawie ryknąłem na słowa „A jeśli taki był plan od początku?”, bo dawno nie widziałem bardziej żałosnej próby pokazania widzom, że oto zbliża się Twist! Cha cha.

Ostatecznie jednak nie o fabułę tu chodzi tylko o efektowne sceny śmierci. Z tym jest różnie, choć dzięki 3D rzeczywiście efektownie. Chyba jednak wolę filmowe śmierci w wersji standardowej, bo te w 3D są OK, ale… za mało krwi. Ciężko w 3D rozpryskującą się krew zrobić? Jeden splatter przed początkowymi napisami, a potem już chyba nic. Ktoś tam krwawi i krwawe ślady zostawia na zabijających go przedmiotach, ale to nie to samo co stara dobra rozpierducha. Fajne więc w 3D są te wszystkie efekty typu „łoooo, coś leci na mnie!”, ale do krwawej jatki polecam 2D… No i więc z tym jest tak samo jak z całym filmem – są plusy, ale czy przesłaniają minusy? To już chyba indywidualnie od każdego widza zależy.

No i największy zawód, czyli dwa słowa o przedrostku (czy jak to się tam nazywa ;P)… „The”. „THE final destination” zapowiadało jakiś końcowy, konkretny rozdział historii. Zajebiście sprytnie połączone wszystkie trzy części i zamknięte czwartą klamrą. Nic z tego. Jeszcze była nadzieja na napisach początkowych, gdy mogliśmy pod RTG pooglądać sceny śmierci z poprzednich „Oszukać…”, ale szybko znów okazało się, że nadzieja matką głupich. Z poprzednimi częściami czwórkę więc łączy tylko temat przewodni i nic więcej.

W stosunku do trójki jest poprawa, ale raczej tylko i wyłącznie dzięki technice 3D. Nadal najlepszym filmem serii pozostaje Dwójka, a reszta może im sandały czyścić. 4(6)
(861)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.