Dexter, 4×01

Oglądnąłem w końcu. Trochę to trwało. Ale i tak ma pecha, bo humor mam jakiś zdupywyjęty i właściwie nie powinienem nic pisać. Ale chcę coś napisać. Cokolwiek. Miałem się poprzypieprzać do bzdur, jakie wyczytuję tu i tam o „Bękartach wojny” no ale może dajmy spokój temu biednemu filmowi choć na chwilę. Ostatecznie internet pełen jest bzdur i nawet, gdy się człowiek przypieprzy do kilku, to i tak zostaną miliardy.

A może to nie będzie wpis o Dexterze tylko będę pisał cokolwiek, co ślina na palce przyniesie? Najgorsze jest to, że nie wiem, skąd mi się ten humor przypałętał, przecie nic się nie stało. Pewnie standardowo – niewyspany jestem. Co zresztą też jest dziwne, bo ostatnio bywałem wyspany.

O „Dexterze” chcieliście poczytać, tak? ;P

No więc podobał mi się. Klasa odcinek! W końcu Dex przestał marudzić o tym samym, co marudził w pierwszym sezonie tylko zaczął marudzić, o czymś innym. Wszak wiele w jego życiu się zmieniło z małym dzieckiem. Nie zmieniło się natomiast tylko jedno w kwestii rodzinnych Deksa – Rita ma ciągłą ochotę na seks. Nadrabia te lata posuchy, gdy nie dało się jej dotknąć, czy co? I paradoksalnie współczuję Deksowi, bo choć Rita niewątpliwie gorąca jest, to poza czubkiem swojego nosa nic nie widzi. I dla Deksa może to i lepiej, bo pewno by dostrzegła, że po godzinach zajmuje się mordowaniem, gdyby tak bardzo nie była nastawiona na spełnianie własnych widzimisię.

Wyszedłem na chwilę do kuchni po jabłko, a tam za oknem na ulicy widzę trabanta z wypisanym na drzwiami wielką czcionką: „MONSTER TRUCK”. Czy to jeszcze jawa?

A więc wracając do Rity to ja się dziwię, że Dex jeszcze jej nie zabił. To musi być prawdziwa miłość. Chłop na rzęsach stoi, a ta mu wydzwania, żeby śpiewał przez słuchawkę. Chce się wyspać, a ta kurze z niego ściera. Z drugiej strony Rita nigdy nie wyglądała na taką, co to dwa  do dwóch potrafi dodać bez kalkulatora, więc co się spodziewać, że się da Deksowi wyspać. A ten biedny też instynkt samozachowawczy wyłączył i raczej mało dziwne, że wycieczka samochodowa skończyła się tak jak się skończyła. Najwyraźniej w Kodeksie Harry’ego nie było podpunktu: Co masz zabić dziś zabij jutro, a dzisiaj się wyśpij. Pomijam fakt, że potrzeba dużo samozaparcia (o widzach piszę niespodziewanie), żeby łykać beztroskę Deksa w zabijaniu ludzi, którzy są na celowniku policji bardziej niż bardzo. No ale nie przeszkadza mi to póki odcinki są dobre i małonudne. W końcu taka konwencja, że Dex pracuje w otoczeniu ludzi, którzy wzorem Rity ciężko radzą sobie z dodawaniem. A fakty łączą średnio ze wskazaniem na słabo. No ale wystarczy spojrzeć głęboko w oczy Angela, żeby sobie uświadomić, że oni w tym Miami policjantów raczej z łapanki biorą niż z predyspozycji. A już to, jakim cudem Angel przyciąga zainteresowanie płci przeciwnej pozostaje dla mnie zagadką (brutalnie się z Gianną, czy jak jej tam było, rozprawili – widać, że nie mieli pomysłu jak ją efektownie w serialu utrzymać; generalnie Angela bez żalu też by można się pozbyć do końca serii).

O, zdaje się, że krytykuję. Ale nie! Naprawdę odcinek mi się podobał! No może mogli sobie darować tyłek Johna Lithgowa. No i Michael C. Hall wyjątkowo słabo zagrał ziewanie.

Trinity Killer wydaje sie być ciekawym celem do łapania. Taki standardowo-tajemniczy filmowy serial killer z patternem. Bez udziwnień i nadmiernych kombinacji. Wot morduje trójkami i tyle. Ciekaw tylko jestem skąd Dex sobie wyliczył, że to najbardziej płodny serial killer ever (a starać się trza, żeby pobić Henty Lee Lucasa). Lundy powiedział jedynie, że morderca zabija trójkami i że zatoczył pełny krąg wracając do Miami. Co ile lat zabijał te trzy osoby – nie wiadomo. A jeśli co roku (90 ofiar) nie zmieniając sposobu mordowania, to fakt, że nikt nie wpadł na jego ślad i nawet go nie szuka (poza Lundym) zakrawa na kolejną trudną do uwierzenia możliwość.

Ale 4×01 naprawdę mi się podobał! Przysięgam! A jakby jeszcze Laguertę rozebrali… Powoli przekonuję się do Quinna, choć Doaksa i tak nikt nie zastąpi.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.