Naznaczony

Człowiek jest dziwną istotą. Pierwszy odcinek czwartej serii „Dextera” czeka na obejrzenie od dłuższego czasu, a tymczasem leci jak miś do miodu na jakiś polski badziew reklamowany tak usilnie, jakby to co najmniej kolejny projekt Spielberga i Hanksa od czasu „Band of Brothers” był. No ale ostatecznie „Dex” wiadomo, że jakiś poziom reprezentować będzie i narzekać za bardzo pewnie nie będzie na co. A taki „Naznaczony” to pewniak do krytykowania, a przecież co jak co, ale krytykować to wspomniany na początku człowiek uwielbia.

Zapodałem więc z marszu dwa odcinki „Naznaczonego” i nie umarłem. Co więcej, choćby już do końca serial ów dnem dna był, to nic nie zmieni faktu, że do mojego słownika ulubionych powiedzonek wziętych skądśtam dołączyło kolejne powiedzonko, właśnie z tego serialu:

„Ja mogę jakoś pomóc. Jestem matematykiem!”

No i od wczoraj żyć Aśkowi nie daję zarzucając tym tekstem na lewo i prawo. Oglądając jakąś tam śmierć w serialu: „Nie umarłby, gdyby był matematykiem”, odpowiadając na pytanie czy mogę zrobić herbatę: „Pewnie, przecież jestem matematykiem” itd. Jestem matematykiem to, jestem matematykiem siamto.

Plusy więc są. No ale minusów znacznie więcej. Przede wszystkim jeden: nuuuudaaaaa. Szczególnie pierwszy odcinek. Łojezu, festiwal spojrzeń, drugi „Sarkar” normalnie. Przez 20 minut serialu ktoś się gdzieś patrzył skupionym wzrokiem i dumał. Dumał nad jednym, dumał na drugim, a obowiązkowe 42 minuty metrażu serialowego mijały. Nie działo się nic. A wszystko to, co się działo, spokojnie zmieściło się na początku drugiego odcinka w „previously on”. Nic więcej ciekawego niż w tym streszczeniu – nie było. A dialogi zajęły jak mniemam nie więcej niż cztery kartki scenariusza. No nie gadali za dużo tylko budowali nastrój grozy, który zbudował im się średni. Dreszcze na plecach podczas seansu? No może, ale trzeba by się do prądu podłączyć.

Podstawowy błąd: brak pomysłu na wciągający serial. I choć w napisach początkowych zobaczyłem dwóch jego pomysłodawców, to śmiem twierdzić, że pomysłu w nim żadnego nie ma. Ot jakieś historyjki „grozy” połączone wspólnym wątkiem, który rozwiąże się pewnie tak, że matematyk nie jest matematykiem tylko kosmitą/przechujem/grzegorzemlato/poprzednim nieznajomym/łotewer. Ewentualnie kolesiem, który wygrał ze Śmiercią w szachy i twistera. Cały pomysł. Dałoby radę, gdyby te historyjki grozy choć trochę zbliżały się do poziomy „Strefy mroku” czy „Po tamtej stronie”, no ale kaman. Nawet nie są na początku tej drogi.

Drugi odcinek już był lepsiejszy, choć nadal bez szału, podniet i klaskania uszami. No ale przynajmniej działo się trochę więcej i więcej dialogów było, no i nikt z uporem maniaka nie płynął w stronę czarnej chmury nad Bałtykiem.

Hitu nie ma i nie będzie. Jest zwykły serial, o którym szybko zapomnimy. Na wieczność przetrwa jedynie:

Jestem Matematykiem!

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.