Watchmen Strażnicy [Watchmen]

Zbieram się do napisania o „Strażnikach” i zebrać nie mogę. Wszystko pewnie dlatego, że chciałbym film pochwalić, a to zawsze trudniej zrobić. Najłatwiej to się po filmach jedzie. Można błysnąć tym i owym, choć oczywiście to „błyskanie” to pojęcie względne, bo wystarczy ktoś, kto lubi zjeżdżany film i dla niego błyskanie będzie dowodem na idiotyzm piszącego. Aczkolwiek, ci którzy mnie znają, wiedzą że ja i tak swoje wiem i bardzo ciężko mnie przekonać do innego zdania. Skoro więc uważam, że błyskam to błyskam, kurwa mać! I żadna opinie typu „jesteś idiotą” tego nie zmieni, bo to „nie ja tu jestem zamknięty z Wami, tylko Wy jesteście tutaj zamknięci ze mną”!

Jedno w kontekście „Strażników” zastanawia mnie bardziej niż wszystko inne. Otóż przed obejrzeniem filmu naczytałem się multum opinii o tym, że jest to film skierowany właściwie tylko dla fanów komiksu (pardon, powieści graficznej, ale „komiks” pisze się szybciej) i bez poznania oryginału filmu się nie zrozumie i basta. I to dlatego takie słabe opinie niektórych, że beznadzieja, że to, że siamto. Jestem chodzącym przykładem na to, że to gówno prawda jest. Komiksu nie znam, wcześniej nawet o nim nie słyszałem, a jak już usłyszałem to zupełnie inaczej go sobie wyobrażałem. Film obejrzałem i jedyne czego nie rozumiem to tego, jak można nie rozumieć tego filmu? No przecież tam wszystko kawa na ławę jest, a trzy godziny to masa czasu, żeby wszystko zajarzyć. Drugą natomiast sprawę, która przewija się w kontekście mitologizowanego tu i ówdzie Zrozumienia Filmu, jestem już w stanie zrozumieć. Spotkałem się z opiniami, że film powstał o dwadzieścia lat za późno i nie ma już takiej siły oddziaływania jak wtedy, gdy zagrożenie rozpirzeniem wszystkiego przez atomówkę wysłaną z pozdrowieniami od jednego z dwóch mocarstw było realne. No tu już rzeczywiście, na pewno o wiele lepiej odbiera się ten film „starym koniom” niż młodzieży, dla której mur berliński nie kojarzy się z niczym szczególnym, o ile w ogóle go kojarzą. No ale ja stary koń, który pamięta, że przygody Rambo były filmem „politycznym”, który nigdy przenigdy nie zostanie pokazany w polskich kinach. A już na pewno nie dwójka i trójka. I może dlatego nie uważam, że film jest spóźniony. Dla mnie jest w sam raz, bo i tak na niego nie czekałem nie znając komiksowego oryginału.

A więc tak. Gdzieś tak w okolicach lat czterdziestych (to bym musiał sprawdzić, a że mi się nie chce to stąd to „gdzieś tak”) stróże prawa doszli do wniosku, że fajnie by się było poprzebierać w ciuchy superbohaterów i w ten sposób walczyć z przestępcami. Pomysł doczekał się realizacji i tak pojawiło się kilku superbohaterów, którzy z superbohaterskich mocy mieli jedynie moc posiadania przebrania. Pomysł wypalił, socalled Minutemeni zaczęli się cieszyć poważaniem od czasu do czasu wkurzając socolled Opinię Publiczną lesbijsko rozwiązłym trybem życia (geje maskowali się lepiej hehe). Po jakimś czasie wesołą paczkę przebierańców rozwiązano i pojawiła się paczka nowa zwana Strażnikami wśród których był niebieski koleś, który rzeczywiście siły superbohaterskie posiadł w wyniku wypadku podczas pewnego eksperymentu. Niebieski koleś vel Dr Manhattan potrafił wiele i szybko stał się największym dobrem Stanów Zjednoczonych. W międzyczasie niektórzy ze Strażników pomagali Nixonowi rozprawić się z wrogiem zamorskim (komuchy i Wietnamcy) oraz swoim własnym domowym (JFK, chłopaki od Watergate) w wyniku czego historia zaczęła płynąć alternatywnie w stosunku do tej, którą znamy my (choć historię zmienili już wcześniej ratując między innymi rodziców niejakiego Bruce’a Wayne’a przed śmiercią). Nixona wybrano trzeci raz na prezydenta, a superbohaterom zabroniono nosić kostiumy. I wszystko byłoby z grubsza OK, gdyby nie tajemnicza śmierć niejakiego Komedianta, który przez cały film ani pół dowcipu nie opowiedział. Dowiadując się o śmierci Komedianta, jego kolega (a właściwie współpracownik, bo tak byłoby bardziej adekwatnie), Rorschach, wydedukował sobie, że ktoś wziął się za mordowanie zamaskowanych bohaterów nie robiąc sobie nic z tego, że w zasadzie ich tożsamość nie była znana. A skoro tak wydedukował, to ruszył z krucjatą informowania swoich byłych kolegów o grożącym im niebezpieczeństwie. I właśnie tak zaczyna się ten film, który mogłem opisać w dwóch zdaniach, ale chciałem z grubsza udowodnić, że rzeczywiście kumam, co oglądałem ;P

Od razu powiem, że daję 6(6), żeby nie było niepewności. Miałem dać mniej, bo tak naprawdę nie podoba mi się ten cały Doktor Manhattan (a najbardziej jego majtki) i trochę psuje mi całość, ale tak dochodzę do wniosku, że skoro po kilku dniach od seansu wciąż ciepło myślę na temat obejrzanego filmu, to znaczy, że zasługuje na maksymalną ocenę. Naprawdę mi się podobał i nie ma strachu, że mi popsuje top moich ulubionych filmów sadowiąc się z szóstką w ich panteonie. Choć jak mówię, gdyby to, co aktualnie serwuje nam kino było lepszej jakości to szóstki by nie było. Byłoby 5 albo 5+, ale jak to mówią: na bezciekawofilmowiu i łoczmeni szóstką… Tak, wiem, głupiej się tego wymyślić nie dało.

Co by jednak nie gadać, to choć cały film jest zacny (wyjąwszy majtki Manhattana – nie żebym był zwolennikiem jego nagości, bo mi to lotto 😛 ale w tych majtach wyglądał obleśnie, niezależnie od celu, jaki one pełniły; serio, nic by mu się nie stało, gdyby poleciał eksterminować charlie’ech w bermudach i hawajskiej koszuli), to jedna jego część jest wyjątkowo wyjątkowa. Jest nią jak pewnie każdy wie sekwencja towarzysząca napisom początkowym, którą to sekwencję oglądałem już z dziesięć razy i myślę, że tylko o niej można by napisać długą reckę. A konkretnie o smaczkach w niej ukrytych, bo wykonanie widać bez gadania:

WOS

No to może trochę smaczków, wyjąwszy te z komiksu, bo tego, jak już wiecie, nie znam. Parę nawiązań czyniących tę sekwencję mini Forrestem Gumpem naszego wieku. Ot tak, zapuszczę ją sobie i jak mi coś przyjdzie do głowy to o tym wspomnę, zapominając pewnie o setce rzeczy.

Nite Owl ratuje państwa Wayne’ów. Sorry Batman, w tym świecie nie żyjesz (tak, tak, wiem, kwestia dyskusyjna zważywszy wiszące w tle plakaty z Batmanem):

Zapomniałem się, że mam nowy zajebisty layout i zmniejszyłem foty niepotrzebnie do rozmiaru starego… Minutemeni:

Podróżujemy przez historię Enola Gayem z deka przemalowanym:


Dzień zwycięstwa. Silhouette i jej koleżanka Pielęgniareczka:

Łoryginał:

Emerytura dopadnie każdego. Geje z prawej:

Łoryginał:

Zapruder trzyma łapę na kamerze:

A my w końcu wiemy, kto zabił Kenneddy’ego (choć niektórzy (Robson) podejrzewali samobójstwo):

Sofciarz. Powinien w stroju Komedianta… Inne spawy też się nie zmieniają:


Fidel oczywisty jak ruska czapka:

Protesty też niezmienne:


Andy Warhol i Truman Capote jak mniemam. Na obrazie Nite Owl:

A któż to w tle między panami ogląda plamki:

I jeszcze Ozzy do minikompletu po lewej i Goły Poślad po prawej:

„Powodzenia, panie Gorsky”:

Armstrong jak był mały podsłuchał rozmowę sąsiadów, państwa Gorskych. Żona mówiła mężowi, że zrobi mu loda, jak dzieciak sąsiadów będzie chodził po księżycu… Ozzy, Klub 54, David Bowie i Village People. Ozzy wtopił się w tłum 😉

Strażniki:

Po zakończonej sekwencji tytułowej nie ma już w całym filmie nic lepszego, ale na szczęście nic gorszego (wyjąwszy majtki…) też nie ma w związku z czym ocena taka, a nie inna. Film Snydera nie jest filmem idealnym, ale może to właśnie teraz daje znać o sobie brak mojej znajomości komiksu, a przynajmniej opowiedzianej przez niego historii, bo jak widać pod podanym wyżej linkiem, rysunki w nim zrobiły we mnie negatywne wrażenie. Tak czy siak trzy godziny seansu to wcale nie za długo, film ogląda się jednym tchem, podziwia przewrotną historię, a na wypadek gdyby miało się zacząć nudzić, to od czasu do czas siknie posoką w efektowny sposób albo półnagim ciałem Malin Akerman, co jednak żadną nowością w dzisiejszym kinie nie jest.

Dwoma słowami więc na koniec: kawał kina.
(834)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.