Podejście sto siedemdziesiąte ósme…

…do napisania kilku krótkich recek ostatnio obejrzanych filmów. Łatwo nie będzie, bo Asiek szeleści kartkami jakiegoś tam scenariusza, pies na zmianę mlaska śmierdzące świńskie ucho i chrapie, wiatrak laptopa hałasuje tak, że łeb mi odpada, na górze sąsiad ogląda telewizję, a mnie burczy w brzuchu. No dobra, przesadzam, w brzuchu mi nie burczy… Ale i tak Asiek se zażyczyła, żebym zorganizował jakiś tam reggaeton. Po krótkim rozeznaniu okazało się, że to tak, jakby sobie zażyczyła żebym zorganizował heavy metal. No a jak już zorganizowałem to wymyśliła sobie, że chce posłuchać. Przynajmniej nie słychać jak pies chrapie i co ogląda sąsiad.

Z drugiej strony to dobra okazja, żeby tylko parę słów o filmach nastukać, skoro skupić się nie można na postukanie czegoś więcej. Zobaczymy. Choć jak się znam, to skończy się na tym, że się wkurwię, że nie ma ciszy 😉

Radio [Radio] 5(6)

Do obejrzenia tego filmu zbierałem się już z rok, a w końcu udało się, gdy pokazali go w telewizji. Lepiej późno niż wcale.

Typowe amerykańskie zadupie, w którym czas odmierzany jest kolejnymi sezonami footballu amerykańskiego miejscowej drużyny licealnej. W poukładany świat wkrada się jeżdżący sklepowym wózkiem z górki upośledzony Afroamerykanin (Cuba Gooding Jr.), który żywo zainteresowany jest treningami młodych footballistów. Footballiści zaś zainteresowani są zamykaniem go w komórce. Aż w końcu na miejsce akcji wkracza dobroduszny trener (Ed Harris) i postanawia zaopiekować się żyjącym we własnym świecie chłopcem.

„Radio” to zlepione w jeden film wszystko to, co najlepszego ma do zaoferowania dobroduszna i prostolinijna odmiana hollywoodzkiego kina (ale bzdura, ale czego się spodziewać w rytm Alexis & Fido?), której nie zależy na zarabianiu dolarów, ale na opowiedzeniu prostej historii o zwykłych ludziach i zwyczajnym życiu. Oczywiście wszystko podlane typowym poczuciem, że w Stanach żyją najlepsi ludzie na świecie i nie ma drugiego takiego kraju. No ale trzeba im wybaczyć ten ichni patriotyzm, bo dlaczego mają udawać kogoś, kim nie są. Oj, brnę w długą reckę, a miało być krótko…

Historia, jakich miliony w amerykańskim kinie. Nie jest to jednak sportowy film o tym, jak zwyczajne chłopaki wygrywają mistrzostwa stanu w footballu, bo sport jest tu jedynie tłem do niezwykłej przyjaźni między trenerem, a chłopcem, który potrzebował kogoś, kto by się nim zaopiekował i miał szczęście, że go znalazł. A wraz z nim znalazł swoje miejsce w życiu pomimo tego, że nie wszystkim było to w smak. Opowieść o przyjaźni, pokonywaniu problemów i przypowieść na temat, że potrzeba jednego sprawiedliwego, by świat był lepszy.

Banał, ale opowiedziany w najlepszy z możliwych sposobów i jeśli ktoś nie ma awersji na przesłodzone historie, to się nie zawiedzie. No i brawo dla Goodinga Jra, którego dalej uważam za kiepskiego aktora, ale tutaj był bardzo przekonywujący.

Przebłysk geniuszu [Flash of Genius] 4+(6)

Jeśli ktoś nie wierzy, że coś takiego jak wycieraczka samochodowa może zniszczyć czyjeś życie na tyle, że w trakcie długoletniej walki o sprawiedliwość traci się wszystko inne i momentami popada w obłęd, to zapraszam do obejrzenia „Przebłysku geniuszu”.

Bohater tego filmu myślał, że wraz z wymyśleniem mechanizmu pozwalającemu wycieraczkom samochodowym działać z różną prędkością i częstotliwością, spełniło się jego marzenie wynalezienia czegoś, co zmieni życie swoje i innych na łatwiejsze. I wszystko zdawało się potwierdzać taki przebieg wydarzeń do czasu, aż wszystko dość szybko się posrało.

Oparta na faktach historia długoletniej walki o sprawiedliwość wynalazcy, który postanowił postawić się całemu Fordowi i walczyć o swoje dobre imię i prawo do wynalazku, który w momencie tytułowego przebłysku geniuszu udało mu się stworzyć. Pouczający film o tym, że w życiu układa się bardzo różnie, a najmniejsza nawet pierdoła może mieć znaczenie. Bo kto by nawet pomyślał jeżdżąc codziennie samochodem i korzystając z wycieraczek, że za nimi kryje się taki kawał historii? Daje do myślenia i od razu można się z rozpędu zastanowić, czy czasem za jakąś inną pierdołą jak krajalnica do jajek nie kryje się czyjeś nieszczęście i miliony dolarów w grze o sprawiedliwość.

Mam wrażenie, że się powtarzam, ale nie umiem pisać, jak mi gra muzyka. Chciałoby się napisać, że gdy gra muzyka, to nie gra muzyka… ;P

Kolejny obyczajowy film z gatunku takich, jakie bardzo lubię. Jak macie więcej podobnych, to możecie polecać, bo mam fazę na takie. Powyższy „Radio” też należy do tego gatunku. Ot, ciekawa historia – to wszystko, czego potrzeba do dobrego filmu.

Brüno [Brüno] 5(6)

A czasem do dobrego filmu wystarczy ciężkie poczucie humoru jednego świra, który ma w dupie to (dosłownie), co pomyślą inni i nie przejmując się wiele postanawia przekroczyć wszelkie granice dobrego smaku, jakie można sobie wyobrazić. Oto Bruno, bliski kolega Borata.

Doprawdy nie wiem dlaczego, bo klozetowego poczucia humoru nie lubię, ale „Borat” podobał mi się bardzo i się uśmiałem. Chciałem bardzo go zjechać równo z ziemią, ale byłbym niesprawiedliwy, bo śmiertelna powaga i mocno zakorzeniona w niej ironia sprawiły, że nawet gówno w woreczku było na swój sposób śmieszne. To chyba ta wartość artystyczna, o której mówią aktorki, gdy się ich zapytać, czy zgodziłyby się rozebrać w filmie. Tak, jeśli by to było uzasadnione scenariuszem. To samo z tą woreczkową kupą, ona może się pojawić i spełniać swoją rolę rozśmieszacza, ale trzeba znaleźć odpowiedni sposób, żeby wprowadzić ją do akcji.

Nie wysilając się więc wystarczy napisać, że „Bruno” to zupełnie to samo co „Borat”, z tą różnicą, że główny bohater jest ładniejszy, pochodzi z innego kraju, no i że zabrakło świeżości, którą niósł ze sobą poprzedni hit Sachy Barona Cohena. Tutaj, bądź co bądź, ta cała paradokumentalna błazenada jest wtórna, ale w niczym nie przeszkadza, żeby na zmianę rechotać ze śmiechu i łapać się za głowę. Ja tam rechotałem i jakoś specjalnie wstyd mi nie było, że jestem prosty jak konstrukcja cepa.

Tym razem bohater Cohena chce zrobić karierę w Hollywood. Wyjeżdża tam i próbuje swoich sił jako gospodarz talk show, ojciec adoptowanego czarnego dziecka, czy dziennikarz przeprowadzający wywiady ze znanymi ludźmi (świetny wywiad z Harrisonem Fordem). W międzyczasie zaś stara się krzewić pokój między zwaśnionymi ludami Izraela i Palestyny. A wszystko w szalonym tempie upchane w niecałe 80 minut filmu. I dobrze, bo co za dużo to niezdrowo. Fajnie, że nikt nie starał się na siłę dociągnąć do jakiegoś powiedzmy stuminutowego running tajmu, tylko powiedział co miał do powiedzenia i zostawił za sobą połowę widowni rozbawioną do łez, a drugą zniesmaczoną do… Do czego można zniesmaczyć?
(841)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.