Kaaka Kaaka

Witajcie w wesołej krainie, gdzie siła twej męskości jest mierzona długością wąsa. Oto Tamil Nadu. Oto ichni policjanci.

Klasyczny amerykański western (to jest jakiś klasyczny nieamerykański western?) wykształcił jasny, prosty i czytelny podział na dobrego i złego (badgaja i gudgaja of koz). Badgaj zawsze nosił czarny kapelusz, a gudgaj na odwrót – paradował w bieli. Wszystko było wiadome bez dodatkowego tłumaczenia. To samo w Tamil Nadu, centrum kinematografii dźwięcznie zwanej Kollywoodem – z tą różnicą, że w Kollywood jest nieco trudniej. Ale tylko nieco. Gudgajów poznaje się po tym, że mają wąsy, natomiast badgaje noszą kilkudniowy zarost. Trudność o tyle większa, że przecie jakiś tam wąs wchodzi w skład kilkudniowego zarostu, ale z drugiej strony czy czarny czy biały – kapelusz to kapelusz. Bądź, jak zwykła mawiać moja koleżanka Gosia – i to dupa i to dupa, płeć nie ma tu żadnego znaczenia.

Skoro zarysowaliśmy już podział na protagonistów i antagonistów, domyślać się należy, że opisywany film należy do jednego z najpopularniejszych gatunków filmowych – „ty jesteś zarazą, a ja lekarstwem”. I rzeczywiście, w rolę lekarstwa wcielił się tutaj wielki gwiazdor Surya (po naszemu bodajże, całkiem sympatycznie, bo Słoneczko), a zarazą próbowało być kilku gości z kilkudniowym zarostem. Piszę „próbowało”, bo moim skromnym zdaniem badgaje w „Kaaka Kaaka” są tacyse i stanowią najsłabszy element tego filmu. Ot jakieś chłopczyny, które się wkurzyły. Co innego Surya i jego kilku kolegów – chluba wydziału policji miejscowego Chennaju jak mniemam (mogę się mylić), która działając w niekonwencjonalny sposób doprowadza do pozbycie się kilku zakał społeczeństwa. O jedną za dużo jak się okazuje, gdyż brat jednego z zabitych nagle zaczyna bruździć i tak już do końca bruździ, robiąc o wiele więcej kuku niż można by się tego spodziewać.

KK (wow, rzadko się zdarza, że akronim czyta się tak samo jak cały tytuł; no wiem, powinienem napisać KKKK) był mi polecany od samego początku, gdy tylko indioktrynolodzy odkryli, że nie mam alergii na Indie. „Zobacz KK, zupełnie co innego niż cukierkowy Bollywood!”. No i rzeczywiście, nie da się ukryć, że to zupełnie co innego niż cukierkowaty Bollywood. Problem tylko w tym, że film zaczyna się od fajnej piosenki, w której w roli tancerzy występują goście z dziwnymi nakryciami głowy. I te nakrycia głowy są na tyle dziwne, że człowiekowi odechciewa się oglądać dalej film, niezależnie od tego, co o nim mówią inni.

No ale w końcu przetrwałem te papierowe torby na głowach i ruszyłem dalej. No i nie było źle. Policyjne kino, strzelaniny, napieprzanka, wielka miłość, dramatyzm (aczkolwiek spowodowany wyjątkowo bzdurnym zachowaniem Słoneczka; uśmiałem się), no i te ustawowe (stereotyp, wiem) trzy godziny tego wszystkiego. Czasem ekscytująco, czasem nudno – półtorej godziny by wystarczyło, choć nie powiem, piosenki są fajne i żal by je było wycinać. Potrafię sobie wyobrazić szok termiczny, jaki przeżyła osoba wsiąknięta w Bollywood, która nagle zapuściła sobie kollywoodzki film policyjny, ale bądźmy szczerzy: dla kogoś, kto za szczytowe osiągnięcie takiego kina uważa filmy takie jak „Hardboiled” czy „The Killer”, KK to nic specjalnego. Wot folklorystyczna ciekawostka – dobrze nakręcona, bez przekombinowania w scenariuszu i niezłym tempem jak na 3-godzinną opowieść, ale zachwycać się nie ma czym. 4(6) więc, więcej nie da rady.
(838)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl