Choć goni nas czas, znów o 17 zawlecz mnie w nocy do piekła muzeum, gdzie oboje w to zagramy

„Wrota piekieł” [„Drag Me to Hell”] 4-(6)

Nie wytrzymałem, obejrzałem. So sue me ;P Kłopot w tym największy, że obejrzałem dość dawno temu i standardowo nic nie pamiętam. Albo prawie nic.

Do głównej bohaterki naszego filmu zgłasza się pewna Cyganka, której grozi odebranie domu przez bank. A że bohaterka pracuje w tym właśnie banku to w niej cała nadzieja. Zmuszona jest niestety odmówić, no i tu zaczynają się schody, bo Cyganka rzuca klątwą i nasza bohaterka ma kłopocik. Co prawda może liczyć na swojego chłopaka, ale ten jest dość sceptycznie nastawiony do całej sytuacji, bo to taka Scully w garniturze. Nie sytuacja tylko chłopak bohaterki 😛 Generalnie więc naszej bohaterce przyjdzie walczyć z klątwą w pojedynkę, a czasu ma niewiele, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że za trzy dni zostanie, zgodnie z tytułem, dragnięta na Hel.

Sam Raimi tęsknił za horrorem (szpitalna scena w „Spidermanie 2” to najbliżej chyba, gdy ostatnio był w pobliżu), od którego to gatunku zaczynał, i w końcu postanowił do niego wrócić. No może nie tak dosłownie do horroru, a raczej do takiej swojej odmiany horroru, czyli horroru na wesoło. Niby gore, ale bez gore if you know what I mean. Wyszło z tego, hmmm, no nie wyszło jakieś arcydzieło, ale też nie jakiś wielki kanał.

Nie mam wątpliwości, że siłą rozpędu po „Army of Darkness” pewnie do dzisiaj „Drag Me to Hell” byłoby pozycją kultową, ale niestety podobnie do innych filmów wracających ostatnio korzeniami do lat osiemdziesiątych, problem z nim jest taki, że jakoś teraz się one w większości nie sprawdzają. OK, siłą sentymentu spokojnie dają się oglądać, ale nic więcej. Być może, my, dzieci lat osiemdziesiątych wyrośliśmy już z tego i stąd taki odbiór? Kłopot w tym, że jakoś nie sądzę, żeby dzieci lat… yyy… XXI wieku podniecały się takim kinem. Za dużo widziały, inne mają oczekiwania, co tam jakiś Sam Raimi skoro samemu można pozabijać w grach komputerowych. Et cerata.

Dlatego też „Drag Me to Hell” hitem raczej nie będzie (wróć: na pewno nie jest). Ci, którzy spodziewają się horroru, nic strasznego nie dostaną, ci, którzy spodziewają się makabry, nic krwawego nie dostaną, ci, któzy nie trawią specyficznego poczucia humoru, będą psioczyć na w założeniu zabawne sceny ze sztuczną szczęką. I nic nie zmieni faktu, że to przecież klasyczny Raimi, który horrorowo nic się nie zmienił od czasu wspomnianego już „Army of Darkness”. Raimi tworzący swój horror PG-13 w świecie opanowanym przez PG-13. Można by psioczyć, że to zepsuło całą zabawę, ale tak na dobrą sprawę „Army of Darkness” również spokojnie dzisiaj dostałoby PG-13, a czy ktoś psioczy na „Army…”? Nie znam nikogo takiego.

Zostaje więc przyjemny (przyjemny samoraimiowo, bo jednak trochę wymiotogennych scen się w nim znajdzie) film, który na nikim wrażenia nie zrobi. Być może ktoś poczuje, że wraca do pięknych lat 80., ale chyba wszyscy, którzy cieszyliby się z tego są już, niestety, za starzy.

***

„17 Again” 4(6)

Parszywych czasów doczekaliśmy. Musimy oglądać filmy z Matthew Perrym, w których Matthew jest tłem dla idola nastolatek i występuje w tym filmie pewno tylko dla tego, żeby poszerzyć target odbiorców. Ale zdaje się, że target odbiorców Zaka Effrona jest wystarczająco szeroki.

No ale trzeba przyznać, że choć grać nie potrafi, to Zac jest całkiem sympatycznym młodzieńcem i dzięki tej sympatii spokojnie zdobywa dla siebie ekran. Znów cofając się do lat 80. należy przypomnieć galerię aktorów, którzy również swoją sympatią ciągnęli film za filmem i dziś wspomina się ich z… no z sympatią właśnie. Rob Lowe, Patrick Dempsey, Scott Baio i inni. A teraz mamy Zaka Effrona. A że komuś żal dupę ściska na sukces HSM i wylewa żal za żalem? Jego problem raczej, no bo na pewno nie Zaka.

Historia jest oklepana i nie ma zaskoczenia zestawiając ją z tytułem filmu. Jest sobie zmęczony życiem i szykowanym rozwodem facet, który dość dokładnie potrafi wskazać paluchem moment w swoim życiu, w którym zdecydowała się jego przyszłość. Ach, gdyby można było wrócić do tego momentu i wszystko rozegrać inaczej… Pstryk. Kłopot w tym, że nasz bohater nigdzie nie wraca, a jedynie pewnego dnia budzi się mając znów siedemnaście lat. I zamiast rozwiązywać swoje problemy, musi rozwiązać problemy swoich dzieci (Michelle Trachtenberg mrrr).

Komedia to tak samo sympatyczna, jak i schematyczna. Ogląda się ją bez bólu i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zarzucić ją sobie na poprawienie humoru. Poziom żartów nie przekracza granicy dobrego smaku, poziom „obyczajowości” historii jest w sam raz (kwestia ważna w sensie ewentualnych wzruszeń, czy tam utożsamiania się z bohaterami; sprawa poważna w lekkiej komedii o powrocie do młodości, bo bez jakiegokolwiek zidentyfikowania się z bohaterami film dla widza będzie przegrany), wariactwa nie ma, ale seans leci szybko. Szkoda tylko, że autorom filmu brakło wyobraźni, żeby zastąpić czymś innym standardowego w takich filmach „wsiowego dupka”, który niby jest śmieszny w swoim ekscentrycznym zachowaniu. Tu robi za niego starszy koleś z furą pieniędzy i duszą nastolatka(Thomas Lennon, autor scenariuszy do kilku takich sobie komedii – sprawdźcie se na IMDb, jak Was to ciekawi). Widziałem, że tu i ówdzie go chwalą za tę rolę, a mnie przeszkadzał.

Wielki plus za genialny gryps: „don’t blow it” czy jakoś tak. Trzeba to zobaczyć razem z filmem, wtedy nabierze sensu. Gryps, nie film ;P

***

„Noc w muzeum 2” [„Night at the Museum: Battle of the Smithsonian”] 4(6)

No dobra, było o Lennonie (z innych Lennonów), to teraz dwa słowa (taaaa ;P) o filmie, który napisał, czyli o kontynuacji familijnego hitu dla wszystkich ze wskazaniem na młodszych, o strażniku z muzeum, w którym wszystko wraca do życia. Oto długie zdanie!

Projektując różne potrzebne do szczęścia gadżety (ale nie tak potrzebne jak papier toaletowy wielokrotnego użytku), nasz sympatyczny i fajtłapowaty strażnik (Ben Stiller of koz) wzbogacił się znacznie i porzucił pracę strażnika w muzeum. Kiedy jednak eksponaty z jego muzeum mają zostać wywiezione do tytułowego Instytutu Smithsona, rzuca wszystko i jedzie tam razem za nimi. Sori, nie pamiętam już po co ;P W każdym bądź razie okazuje się, że każdy posiadacz peceta może się tam włamać – ciekawe czy władze Instytutu były zadowolone z takiej reklamy.

No a potem to już nie ma żadnego scenariusza. Pomysł na film wystarczył. Kacnęli sobie pewnego dnia twórcy tego filmu przy piwie i wymyślali, kogo by tam można w tym filmie ożywić. Lincoln? Może być. Amelia Eckhart? Niech będzie. Einstein? Czemu nie. I tak cały dzień sporządzili dwustronną listę nazwisk, a potem upewnili się, że jeśli każdy z nich pojawi się na minutę, dwie, to scenariusz do filmu potrzebny nie będzie. Wystarczy kilka skeczów z ich udziałem i się dociągnie do napisów końcowych.

No i choć źle się to nie ogląda i dzieciaka spokojnie do kina można zabrać (nawet jak nie kuma kto to Einstein, to rozpozna wielką ośmiornicę czy co to tam było), to jednak szkoda, że nikomu nie chciało się wysilić i choć trochę podumać nad czymś ciekawszym. Wszyscy uznali, że napakowanie filmu historycznymi postaciami wystarczy i rzeczywiście tak jest. Żeby zarobić.

Standardowo w przypadku komedii z jego udziałem, cały show kradnie Hank Azaria, którego jest w tym filmie zdecydowanie za mało. Strach się bać, jak w polskiej wersji językowej zepsuli tę postać dubbingiem. Nie mam zamiaru się przekonywać.

***

„Gra dla dwojga” [„Duplicity”] 4(6)

Strasznie monotonne te oceny…

Otóż wspaniały przykład filmu, któremu warsztatowo nie brakuje prawie nic, a jednak ciężko wskazać palcem jakąkolwiek duszę w jego środku. Ot, laboratoryjny przykład wyrachowanej komedii obyczajowej. Wszystko według wzoru, ale bez tego najważniejszego Czegoś. Operacja się udała perfekcyjnie. Pacjent żyje, ale jakiś taki nieuśmiechnięty nas opuścił.

Oto dwójka superszpiegów z dwóch stron barykady. Ona Amerykanka (Julia Roberts), on Anglik (Clive Owen). Niespecjalnie za sobą przepadają, ale w ramach nudy spowodowanej szpiegowskim marazmem postanawiają zabawić się w co innego niż w szpiegowaniu na rzecz swoich ojczyzn. W końcu szpiegowanie na rzecz siebie z pewnością jest bardziej opłacalne. A dodatkowo praca w branży kosmetycznej jest o wiele bardziej bezpieczna, no i spotkać można starych znajomych z przeróżnych stron barykady. W myśl tego dwójka naszych bohaterów postanawia namotać w grze podchody pomiędzy dwoma korporacjami kosmetycznymi, które stoją w przededniu zaprezentowania opinii publicznej wyjątkowego produktu, który przyniesie im miliony. Co to za produkt? Kto go zaprezentuje? Która grupa byłych szpiegów lepiej sprawdzi się w materii kosmetycznej?

Julia Roberts wyjątkowo zbrzydła (zgrabna na szczęście dalej jest, uff), Clive Owen nie może przeklinać (a przecież jest jednym z czołowych kurworzucaczy w dzisiejszym kinie), a cały film na lekką komedię jest _zdecydowanie_ za bardzo pogmatwany (tak, czasem to zarzut). Właściwie to nie wiem, czego się spodziewałem, ale chyba mniejszego stopnia zagmatwania. Wszystko pewnie dlatego, żeby za bardzo nie dumać nad zakończeniem, tylko skupić się nad nadążaniem za tym wszystkim. Trzy lata wcześniej, dwa lata wcześniej, 18 miesięcy wcześniej, 12 miesięcy wcześniej… a wszystko przetykane teraźniejszością. To, że scenarzysta miał przy kompie porozwieszane karteczki z timelinem, nie znaczy, że widz też sobie takie zrobi. I kurde, może i w tym filmie było coś więcej poza chłodną kalkulacją, ale ciężko to znaleźć w tym całym czasowym miszmaszu i niedomówieniach, które w końcu zostaną wyjaśnione, tylko kurde – kiedy?!

Szpiegowskie kino w nowoczesnym anturażu (nie mam pojęcia co to anturaż, poczułem jednak wewnętrzny nakaz użycia tego słowa), którego ciężko się przyczepić. ale też które ciężko polubić. Był warsztat, brakło serducha. Byli Paul Giamatti i mój ulubiony Tom Wilkinson, ale nie było chwili, żeby wyskoczyli z sztywnego garniaka swojej roli i dali się ponieść choćby i psującej tę perfekcję improwizacji. Stanowczo za często miałem wrażenie, że aktorzy byli w strachu, że jak coś dorzucą coś od siebie, to ich wymienią na innych.

Na szczęście końcówka wyborna.

***

„Choć goni nas czas” [„The Bucket List”] 3(6)

I choć Rob Reiner przysięgał na wszelkie świętości, że filmu Thomasa Jahna nie zna, to ukrywać nie ma co, że fabuła „The Bucket List” toczka w toczkę do „Pukając do nieba bram” podobna jest. Oto dwóch nieuleczalnie chorych facetów postanawia sporządzić listę rzeczy, które zawsze chcieli zrobić w życiu i póki żyją powykreślać z niej jak najwięcej pozycji. Dla świętego spokoju jeden z nich jest milionerem, co niestety sprawia, że te ichnie marzenia są dość trywialne i doprawdy mógłby się scenarzysta, pan Justin Zackham, wysilić bardziej ponad obejrzenie piramid.

Wydawać by się mogło, że sama tylko obecność w filmie Jacka Nicholsona i Morgana Freemana zapewni dobry film. A jeśli dodać do tego jeszcze naprawdę fajny (choć zerżnięty) pomysł to już więcej do szczęścia nikt nie powinien potrzebować. Niestety, tylko wydawać by się mogło. Może za młody jestem, żeby ten film docenić (buachachacha), ale wątpię, bo tak po prawdzie to Rob Reiner tylko prześlizgnął się po wybranym temacie. Widać założył to samo, co i nam by się mogło przed obejrzeniem wydawać. Jack Nicholson, Morgan Freeman, fajny pomysł…

Szkoda, że to wszystko zostało zaprzepaszczone na tak naprawdę teatr telewizji z irytującymi efektami specjalnymi w postaci wykorzystanego do granic możliwości blueboksa. W związku z tym, nawet gdy film przenosił się w plenery, to i tak czuć było jego teatralność i wkurzającą na maksa statyczność. Chłopaki jeździli od Afryki po Himalaje, a nie dało się pozbyć wrażenia, że cały film, jak „Cube”, został nakręcony w jednym pomieszczeniu. Tyle że w „Cube” pomysł na jedno pomieszczenie był świetny, a tutaj od sztuczności biło po oczach. Szczególnie dżip „przemierzający” afrykańskie bezdroża był wyjątkowo osłabiający… Ech.

No i to skutecznie zepsuło mi w pizdu cały seans. Szczerze, filmu bardziej sztucznego niż ten dawno nie widziałem (no może poza urywkami z „Goal 3”, gdzie blueboks też walił ile fabryka dała). Żal dobrych aktorów na takie pierdy – Jack Scalia i Kevin Sorbo by w zupełności wystarczyli. Tak, moje oczekiwania zostały zawiedzione srogo. Ocena jednak dość „wysoka”, bo unosząc się poza te opisane wcześniej uprzedzenia, coś tam fajnego w tym filmie znaleźć się dało. Ale niewiele.
(846)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl