Udręczeni [The Haunting in Connecticut]

Niewiarygodnie wprost leniwy dzień. Przez ten upał i nieoczekiwaną zmianę planów nie chce mi się nic. A „wiszę” przecież jeszcze jedną reckę choćby, a na dodatek wczoraj wpadłem na pewien pomysł, który też mógłbym zwerbalizować. No ale może zacznijmy od tego prostszego na rozruch zanim wróci Asiek i znowu mnie ograją z PiW-em w 3-5-8 (szukam jakiejś strony z zajebistymi taktykami, czyli jak grać, żeby wygrać! zna ktoś? ale nie zasady, bo te znam tylko jakieś pożyteczne hinty. Ja nie znalazłem).

A teraz o filmie.

Napisać przed filmem, że jest based na real eventsach jest bardzo prosto. Tyle że jak w większość takich zabiegów strony medalu są dwie – pozytywna i negatywna. Pozytywna taka, że widz (a przynajmniej ja) nabiera ciekawości wiedząc, że zobaczy coś, co naprawdę się wydarzyło. Wiadomo, życie pisze najlepsze scenariusze, a i jest szansa na to, że bez konieczności wymyślania fabuły uniknie się jakiś bzdur (inna sprawa, że rzeczy wyglądające na bzdury można wytłumaczyć prosto: no przecie tak było; tak, tak, wiem jaki jest procent basen ona a true story w filmach based on a true story). Negatywna natomiast jest taka, że jak się człowiekowi film spodoba to zaraz po seansie leci do internetu i sprawdza, jak to naprawdę było z tym, co obejrzał. No i w przypadku „Udręczonych” zetknięcie rzeczywistości z filmem wychodzi totalnie na niekorzyść filmu, bo tak naprawdę wynika z tego, co czytałem, że to based „Udręczonych” to jakieś ze 20% z tego, co obejrzałem w filmie. Cała reszta to fantazja scenarzysty. Jedyna dobra rzecz, jaka z tego wynika jest taka, że powiedzenie „życie pisze najlepsze scenariusze” nie zostało nadwyrężone, bo jeśli rzeczywiście wszystko co w filmie zdarzyło się naprawdę, to trzeba by było przyznać, że nawet jeśli tak, to zakończenia pisze beznadziejne.

No ale ococho. Jest sobie przeciętna rodzinka, w której jedno z dzieci (syn nastolatek) choruje na raka. Choroba czyni coraz większe spustoszenie w organizmie młodego człowieka, którego uratować może naświetlanie. Aby mógł na nie chodzić, rodzina musi przeprowadzić się w pobliże szpitala. Na pieniądzach nie śpią, więc znaleziony okazyjnie dom wydaje się ratunkiem na ich problemy. Oczywiście niska cena fajnego domu nie jest przypadkowa, a już wkrótce cała rodzinka pozna, jaki w tej transakcji tkwił haczyk.

Zaczęło się strasznie. Wlazłem do sali kinowej, a tam ani żywej duszy. Pięć minut później przyszła pani z obsługi, popatrzyła na salę, a po chwili usłyszałem (nie wiem czy to ją czy kogoś innego), że można wyłączać bezpieczniki. Pani podeszła więc do czegoś, co chyba było bezpiecznikami i je wyłączyła, a ja wystukałem nerwowego sms-a do Aśka, który brzmiał pi razy oko tak: boję się, polazłem na horror, jestem sam na sali, a przed chwilą jakaś pani wyłączyła bezpieczniki; czy to znaczy, że będzie niebezpiecznie?




Na szczęście tuż przed seansem dołączyła do mnie grupka czterech osób z popkornami i innymi niezbędnikami kinowymi (dla niektórych). No może przesadzam z tym szczęściem, bo zaczęli gadać na filmie i śmiać się cholera wie z czego. Jeszcze z pięc minut by mnie wnerwiali i włączyłbym bez słowa latarkę w komórce i im zaczął po oczach świecić. Może by zrozumieli aluzję… Przekonać się jednak nie przekonałem, bo w końcu przestali gadać.

Generalnie rzecz biorąc, „Udręczeni” to całkiem fajny horror w starym stylu oparty na klasycznym archetypie 😉 nawiedzonego domu i bardziej współcześnie na STA – Standardowym Twiście Azjatyckim: wprowadzamy się w nowe miejsce, niepokoją nas duchy, czyżby czegoś od nas chciały? Pod tym względem nie ma w „Udręczonych” niczego zaskakującego. Te same grypsy, które straszyły X lat temu w przeróżnych „Poltergeistach” i innych „Domach na Nawiedzonych Wzgórzach”, czy nawet w „Miasteczku Salem”, straszą nas również tutaj, a rozwiązanie dręczącej :) bohaterów zagadki rozwiąże każdy, kto choć raz w życiu widział azjatycki horror. Ale mnie to nie przeszkadzało, więc i może komuś z Was też nie przeszkodzi. Już wolę horror w klasycznym stylu z ogranymi grypsami niż horrory w nowoczesnym (młodzieżowym) stylu z ogranymi grypsami.

I gdyby to rzeczywiście oparte na prawdziwych wydarzeniach było, to z pewnością podniosłoby to atrakcyjność filmu. Po wyjściu z kina oceniłem go na 4+(6) o czym twitternąłem, więc się już nie wyłgam :) Ale potem poczytałem o tym, jak to było naprawdę i już tak jakoś mniej skłonny to 4+(6) dać. Ale tak czy siak, wypad do kina na „Udręczonych” nie uznaję za klapę, więc cóż tu narzekać. Może tylko na to, że właśnie na DVD w wersji extended wyszedł…;P
(829)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.