Transformers: Zemsta upadłych [Transformers: Revenge of the Fallen]

Miejsce na Twoje ulubione przekleństwo: [……]. Miejsce na moją ocenę: 2(6)

Jest lato? Jest. A przynajmniej kalendarzowo. W kinie lecą letnie filmy? Lecą. Po letnich filmach nie ma się czego spodziewać poza efektownością? Nie ma. Widziałeś pierwszą część? Widziałem. Podobała ci się? No nawet. Wiedziałeś, że to będzie film o samochodach zmieniających się w roboty? No przecież. Czy od filmu o samochodach zmieniających się w roboty należy liczyć na jakikolwiek sens. Wiedziałeś na co idziesz do kina? No wiedziałem. WIĘC O CO CI, KURDE, CHODZI???

Ano chodzi mi o to, że sam jeszcze wczoraj śmiałem się, gdy ktoś narzekał, że mu „Transformers 2” nie podeszło, bo nie było w nim za grosz fabuły i tylko efekty specjalne. A co? Miało niby być co innego? Nie miało, to naturalne. A jednak, po obejrzeniu tego gniota, któy nie zasługuje na miano letniego blockbustera nie sposób mi nie ponarzekać na totalny brak fabuły i na przesyt efektów specjalnych. Jak rany, film może być głupi i nie mieć fabuły, ale aż tak bardzo to o dużo za dużo. Efekty mogą uratować najgłupszy film, to fakt. Ale takie ich nagromadzenie w zasadzie po nic konkretnego? Bo kurde co ma mnie rajcować kolejny robocik, który pojawia się tylko jako tzw. sztuka dla sztuki.

Ograli mnie w karty, upili whiskey – ta „recenzja” nie będzie normalna. Zresztą już chyba widać. Na dodatek głośna konwersacja via Skype zagłusza mi wszystkie trzy myśli.

Skoro się więc rzekło, że fabuły w filmie brak, to darujmy sobie jej streszczanie. Bo w zasadzie nie wiem nawet co napisać. Napieprzają się roboty, choć już niby szefostwo wyginęło, a główny bohater dalej kręci z laską, która za chiny ludowe nie powinna być z taką sierotą (sentyment do uratowania jej i świata nie sądzę, aby na długo wystarczył). Nie natrudzono się w ogóle, żeby jakiekolwiek wprowadzenie zrobić – wot, głos z offu na dobrą sprawę mógłby po prostu poinformować: no o co kaman? zarobiliśmy na jedynce, więc robimy dwójkę, bo tak ma być, a nie jakieś pieprzenie w bambus i strata czasu na cokolwiek; walka goes on i jak się coś nie podobuje to wypad z baru.

Pierwsza połowa filmu to prawdziwy koszmar pełen bzdur, debilnych robocików, jeszcze debilniejszych rodziców głównego bohatera i śmiesznych zachować wszystkich, którzy się nawiną, które to zachowania jednak nijak nie chcą i nie śmieszą. Wysilone to tak maksymalnie, że trudno uwierzyć, że scenariusz pisał dorosły człowiek. Dziecko z przedszkola, może i tak, ale ktoś dorosły? Szczękę zbierałem z podłogi oglądając te pożal się Boże przygody bohatera z nieuzasadnionym ADHD. WIem, wiem, kawałek kości znalazł. Akurat ten co trzeba i tak dalej. Wszystko przetykane wstawkami z robotami nakręconymi w myśl zasady: to druga część, więc dwa razy więcej wszystkiego. Naćkali więc tych różnych robocików bliźniaków i innych lodziarek, któe niby mają być śmieszne. Hahaha, robot z krzywą gębą i odstającymi uszami – kupa śmiechu! Już w jedynce wkurzał ten mały niby śmieszny, ale tam był tylko jeden. A tutaj cała bateria bzdurnych robotów. Kooo szmaaar. A i ta napieprzanka w Szanghaju. Hehe, wybuch gazu, LOL. Roboty bez żadnych ogródek rozjeżdżają Szanghaj i oczywiście zero świadków itd. A później ta super tajna baza ROTFL wybudowana chyba w myśl zasady – najciemniej pod latarnią. No normalna baza na żadnym odludziu raczej, tajna dlatego, że podpisana że tajna.

A potem, kiedy już zaziewałem się na dobre, przyszła druga, ciut lepsza część (humor był tylko ten sam – łooo, goła dupa Johna Turturro – kupa śmiechu), która jednak ziewania z buzi mi nie zmiotła. Bo jak miała zmieść? Strzelali cholera wie, nic nie rozwalali, właściwie tylko roboty się transformowały i tak przez pół godziny. Jak wygląda konkretna scena akcji? Musi mieć pomysł. Nicolas Cage, John Travolta i lustro – konkret pomysł, konkret scena. A tutaj nic choćby w 1/16 zbliżonego do tego. My źli, oni dobrzy, oni strzelają, my strzelamy, THE END.

I nawet dekoltu Megan Fox nie wykorzystali tak jak należy! Partacze.

Ogólnie więc rzecz biorąc żenada przez duże ŻE. George Lucas zdziecinniał na starość, Michael Bay zdziecinniał na starość, ja też się coś kiepsko czuję, więc może już skończę. Nie polecam, jakbyście się jeszcze do tej pory nie zdążyli zorientować. Jedynka przy tym to arcydzieło. PS. Muzyka mi się podobała. Lubię takie soundtracki.
(823)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.