Lesbian Vampire Killers

Marna pogoda, żołądkowe zatrucie, szczekający nie wiedzieć czemu (wiedzieć, głodny jest, ale idzie dzisiaj do weta i nie będzie nam wstydu wielkim brzuchem robił, więc trza być stanowczym) – wszystko to sprzysięgło się dzisiaj przeciwko mnie, a raczej przeciwko temu, żebym napisał reckę tego filmu. Ale ja ją i tak napiszę! Choć pewnie na chwilę przed zakończeniem wróci Asiek i powie, że idziemy dawać psu zastrzyk w dupę.

Pisanie recki tego filmu jest zresztą wyjątkowo proste, bo wszystko wiadomo po tytule. Małe zamieszanie może jedynie stanowić brak przecinka, w wyniku czego, nie do końca wiadomo, czy film jest o lesbijkach, które zabijają wampiry, czy może o zabójcach wampirów lesbijek, ale co za różnica. W filmie są i wampiry i zabójcy i lesbijki, więc wszystkie strony tego równania są zapełnione, a niewiadomych nie ma żadnych. W związku z czym, jeśli darzycie sympatią, którąkolwiek z części składowych tego tytułu, to śmiało film możecie oglądać. Bez strachu, że to będzie o moralnym niepokoju.

Nie. To będzie o dwóch chłopakach, którzy postanawiają wyjechać na wieść i oddać się urokom pieszych wędrówek. Z piwem w reklamówce i bagażem złamanego serca wyruszają na całkowite zadupie, w którym ku ich radości roi się od seksownych lasek. Jak zawsze w takich przypadkach, w państwie duńskim pojawia się kłopot. Laski okazują się kandydatkami na wampiry lesbijki, a oprócz nich okoliczny las roi się od owych wampirów lesbijek, które cierpliwie czekają na dzień, w którym z piekieł powróci ich królowa – Carmilla. Nasi bohaterowie będą mieli w tym powrocie swój udział.

Wszystko to tak średnio poważnie się kręci, bo to komedia jest o wampirach, a nie poważny film, na którym należałoby się bać. Zresztą, kto by w ogóle był w stanie przypuszczać, że film pod tytułem „Lesbian Vampire Killers” jest poważny? Nikt chyba łącznie z reżyserem, czy tam którymś ze scenarzystów, któremu przyświecało wymyślenie jak najbardziej debilnego tytułu, jaki tylko przyjdzie mu do głowy. Specjalnie się jednak chyba nie wysilił, bo przecież tytuł choć oczywiście ciekawy, to nie jest specjalnie absurdalny. Bez wysiłku można by wymyślić jakiś lepszy. Np…. Np…. Yyyyy…. „Kajtek dziobie kuraka 2 – Zemsta drobiu”.

Jak przystało na komedię, jest w tym filmie naprawdę sporo humoru i zabawnych sytuacji. Może nie na tyle zabawnych, żeby umrzeć ze śmiechu, ale parę ciekawych momentów z pewnością się trafi. Ludziska w necie narzekają na ten film uważając go popłuczynami po „Shaun of the Dead„, ale ja tych ludzisk nie rozumiem, bo wcale nie jest tak źle. Widać mają jakieś zwichrowane poczucie humoru (albo w ogóle go nie mają), ewentualnie oczekiwali arcydzieła. A przecie film z takim tytułem arcydziełem być nie może. Może być dobrą zabawą i tym właśnie jest. Widać też wyraźnie, że jego twórcy również dobrze się bawili na planie wykorzystując możliwości, jakie dawał im ciekawy temat filmu.

Jest tu więc wszystko to, czego można by się spodziewać po takiej produkcji. Pieprzne dialogi, kilka zwariowanych pomysłów (chujowy miecz), cała masa półnagich lesbijek, groza na wesoło, przeładowywanie broni, chodzenie w zwolnionym tempie, powiewające na wietrze płaszcze, bojowa muzyka i fontanny… kisielu. No ten kisiel mi się nie podobał. Trup się ściele gęsto, co jakiś czas ktoś traci głowę w zetknięciu z siekierą itp. i ja w tej sytuacji wolałbym staroświecką krew, a nie jakąś białą mazię, którą wydawały z siebie zaciukane wampiry.

Ostatecznie więc 4(6) dam. Mocne 4(6).
(818)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl