Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Projekt 1000 (Część 12)

Jak nie urok to sraczka. Chciałem skorzystać z tego, że dzisiaj mam pisemny nastrój (czasem mam, lubię jak mam, nie lubię jak nie mam) i oczekiwanie na mecz Chelsea z Barceloną skrócić sobie pisaniem kolejnego odcinka Projektu 1000. Ale dupa. Blox standardowo szaleje wtedy, gdy nie trzeba, czytaj teraz; i nie wiem, na jakim filmie skończyłem. A muszę wiedzieć, bo zasady są co prawda po to, żeby je łamać, ale tej zasady nie chcę łamać. Której? No tej, której nie chcę łamać 😉 A szkoda pisemnego nastroju. Pisemny nastrój polega na tym, że zaczynam coś pisać i piszę i wychodzi tak jak chcę. Fajne to, bo można pisać wszystko co się chce napisać (proza, poezja, alfabet morsa, pismo klinowe, dymowe sygnały) i wychodzi to, co się chce napisać. Bez wysiłku. A ostatnio rzadko mi coś takiego przychodzi. Zwykle budzę się nastroju niepisemnym, a że pisać muszę, to jest to najgorsza męka we wszechświecie. Siedzę nad tym nieszczęsnym Notatnikiem i wiem, że co napisałem to kicha jest. I żeby to poprawić muszę się męczyć, a i tak mi nie wychodzi tak jakbym chciał. Skomplikowane to jest.

Tak czy siak zamiast kontynuować Projekt 1000 siedzę i słucham jedną Loitumę za drugą. Aktualnie zaciąłem się na tej:

No i działa już ten chromolony Blox? Chyba działa, to sprawdzam na czym tam stanąłem póki działa.

A swoją drogą trzeba by w końcu wykorzystać jakiś pisemny nastrój na napisanie czegoś konkretnego. Dawno nic głupiego nie wymyśliłem. „Komisariat, ul. Polna 10” utknął na drugim odcinku, „Rozpalone uczucia” na drugim sezonie, „Euro 2012” w okolicach odcinka osiemnastego itd. Czuję potrzebę podzielenia się ze światem jakąś kolejną grafomanią. A czy świat czuje potrzebę zobaczenia tego, czym chcę się z nim podzielić? Nie lubię pytać na blogu, bo zwykle nikt nie odpowiada i wychodzi na to, że nikt mnie nie czyta (kokieteria).

Wkurza mnie ta zremiksowana Loituma. Słucham jej już w kółko od dziesięciu minut. Mecz coraz bliżej, nic nie pociągnę dalej Projektu 1000 chyba.

Dobra, wiem. To jadę dalej. Może ze dwa filmy dopisze. I tak już minąłem 800 recek, ale osobna notka z fajerwerkami dopiero będzie. Heineken Draught Keg do świętowania samemu ze sobą już czeka. Nawiasem mówiąc strasznie kiłowe to piwo z tej beki jest. Błe.

„Postrzeleńcy” [„The Goonies”]

Nono, ale mi się klasyka na początek trafiła. Przypominany ostatnio raz na pół roku przez telewizje dawny hit, który pierwszy raz widziałem sto lat temu w wersji „końcówka wyłaniająca się po nagranym innym filmie”. No i wyłonił się ten statek piratów po obowiązkowych w takim przypadku na vhs-ie mrówkach, pojawił się ten szczerbaty (ja wiem, że film klasyka i widziałem go lekko z dziesięć razy, ale nigdzie nie jest powiedziane że trzeba od razu znać numer PESEL każdego bohatera, nie?), a ja się zapytałem kumpla Rafała: „A to co?”. Byliśmy pewnie świeżo po szesnastym seansie „Oko za oko” z Czakiem i z Mongołem, to takie pirackie statki na nas wrażenia nie robiły. „A to taki tam film” odparł kolega Rafał i tyle się skończyło mojej przygody z nim. Potem go obejrzałem dopiero w całości i chyba mi się nie podobał. Co jest dziwne, bo większej klasyki być nie może, a i trudno o lepszy film dla młodzieży. W dobie dzisiejszego politikal korektnes nawet w połowie tak fajny film, by nikomu nie wyszedł, bo jeszcze by się któremuś z młodych bohaterów wymsknęło „fuck” i od razu byłby proces, a wytwórnia filmowa by splajtowała bez pomocy Renny’ego Harlina, który zawsze jest chętny do zrujnowania jakiejś wytwórni (pozdrowienia dla Carolco).

Głównymi bohaterami „The Goonies” jest paczka przyjaciół z nadmorskiej miejscowości, których rodzice właśnie dostali nakaz wyniesienia się w przysłowiowe pizdu, jeśli nie zapłacą ileś tamset dolarów. Innymi słowy mają problem. Jak to w życiu. Siedzisz se, spokojnie piszesz reckę „The Goonies”, a tu nagle jeden telefon i musisz rozgryzać za pomocą kompasu, gdzie jest północ. Zdarzyło się Wam kiedyś tak? Bo mnie przed chwilą. Nie jestem jednak jedyną osobą na świecie, która korzysta z kompasu – bohaterowie „The Goonies” też muszą, bo znaleźli na strychu mapę do skarbu piratów i postanawiają go odnaleźć rozwiązując tym samym finansowe kłopoty rodzicieli. Czy im się to uda? Nie wiadomo.

Absolutna klasyka pełna nastoletnich gwiazd, które potem zrobiły karierę, nie zrobiły kariery, zniknęły gdzieś nie wiadomo gdzie. Akcja, humor, dreszczyk emocji, zakurzone czaszki, Steven Spielberg, Richard Donner i Chris Columbus. Film z epoki, gdy filmy miały być po to, żeby dostarczyć rozrywki, a nie tylko i wyłącznie kasy. Źródło klasycznych scen z tą klasyczną sceną na czele:

A całkiem niedawno, The Goonies spotkali się po dwudziestu latach, żeby pstryknąć sobie fotkę dla magazynu Empire i pogadać o ewentualnej możliwości nakręcenia drugiej części.


***

„Piramida strachu” [„Young Sherlock Holmes and the Pyramid of the Fear”]

I kolejny film, z którym wiąże się wzruszająca historia. Otóż przyjeżdżało kiedyś do MRQ kino objazdowe i pokazywało nam filmy. Młody byłem, nie na wszystko mnie wpuścić chcieli, ale jakoś z „Piramidą strachu” nie było takiego problemu. Może już podrosłem, hmm. Był za to inny problem. Oto koledzy, którzy widzieli ten film dzień wcześniej powiedzieli mi, że „jest tak straszny, że się porzygam ze strachu”. Ich słowa. A że jedyną alternatywą było pójście do kina samemu to postanowiłem, że chromolę, nie idę, boję się rzygać ze strachu i poszedłem na drugi proponowany tego dnia film – „Pechowca” z Pierre’em Richardem.

„Piramida strachu”, którą później jak Bóg przykazał obejrzałem na pirackim VHS-ie (niepirackich było baardzo mało wtedy), to z grubsza ta sama parafia co i „The Goonies”. Wśród twórców filmu te same nazwiska (Columbus, Spielberg), jeno historia nieco bardziej mroczna przywołująca duchem opowieści o Sherlocku Holmesie. Nie mogło być inaczej, bo przecież o Sherlocku Holmesie opowiadała tyle że takim młodym, kilka lat przed tym zanim poznaliśmy go na kartach zapisanych przez Arthura Conana Doyle’a. Sherlocku zakochanym, uczącym się gry na skrzypcach i w elitarnej szkole dla chłopców, do której pewnego dnia przybywa młody Watson, przyszły doktor Watson. Obydwu łączy zamiłowanie do przygody i zagadki i dobrze się składa, bo stoją na przednowiu przygody i zagadki przecież.

I znów trza by wymieniać te same zalety, co w przypadku „The Goonies”. Odjąć należy tylko tyle, że film ten jest bardziej poważny, trupów jest w nim zdecydowanie więcej, ale jest też jedna rzecz, na którą zwrócić szczególną uwagę należy. Rzeczą tą jest pewien rycerz wyskakujący z witraża. A co w nim takiego godnego uwagi? Ano to, że po raz pierwszy w historii kina stworzony został przy pomocy grafiki komputerowej, tym samym dając preludium do okresu, w którym bez komputera ani rusz, a i filmów takich jak „The Goonies” i „Piramida strachu” szukać próżno. Wot ironia. Wot rycerz:

Niezmiernie mi przykro, przeceniłem zasoby YouTube, nigdzie rycerza tam nie widzę. Musi więc wystarczyć sam obrazek:

Późniejsze losy bohaterów filmu Barry’ego Levinsona potoczyły się takse. Chyba nikt większej kariery nie zrobił, a ostatni raz, gdy widziałem Sherlocka Holmesa, to hodował maryśkę w „Porachunkach” Guya Ritchie. Który teraz kręci „Sherlocka Holmesa”. Wot ciekawostka.

No i tyle tej dwunastej części Projektu 1000. Krótko, ale same kłody pod nogi były. Padający Blox, problem z kompasem, a teraz już mecz, który zamierzam obejrzeć. Ciao.
(803)

PS. A tymczasem Blox dalej leży, kypba mać. Siedem minut do meczu, a ja chciałbym tę notkę wrzucić…

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.