Gradobicie

Coś jest z tym majem w moim rodzinnym miasteczku, że wraz z nim przychodzą różne anomalie pogodowe. Dokładnie 9 maja 1996 roku około godziny osiemnastej niebo zrobiło się granatowe, a z nieba spadł grad. Nie byle jaki grad. Kule miały rozmiar połowy piłki do pingponga, a góra pięciominutowy opad zamienił świat w jedną wielką ciemność i napieprzanie po dachu. Wyglądało na to, że świat się kończy. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie widziałem czegoś takiego. Kilka minut wystarczyło, żeby zasłać ziemię piętnastocentymetrową warstwą lodu, a w całym mieście nie było domu, który by nie ucierpiał. Rekordziści mieli po dwadzieścia pięć okien do przeszklenia, nie licząc ewentualnych szklarni. U mnie poszły dwa okna, przewróciło płot, a ślady tej apokalipsy do dzisiaj widoczne są na talerzu satelity, która przypomina sito z wyżłobieniami zamiast dziur.

A przypomniało mi się o tym, bo dokładnie przed dziesięcioma minutami znów przetoczyło się nad miastem gradobicie. Bez porównania mniejsze od tego sprzed niemal równo trzynastu lat. Szkoda, że wtedy nie było takiej techniki jak dzisiaj, choć z drugiej strony i tak na filmiku nie byłoby nic widać, a otworzenie okna, żeby to nagrać groziło kalectwem biorąc pod uwagę tony lodu napieprzające w szybę.

Gradobicie

Czyli co. Następne gradobicie 13.5.2022 roku. Chyba że wcześniej ten koniec świata w 2012 będzie.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.