Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Antychryst [Antichrist]

Prolog

Korek w centrum Warszawy nie był taki straszny. Trwało to pół godziny, ale docierasz do kina Atlantic. W sam raz, żeby zdążyć na seans.

Rozdział 1: Powód

Wszystko, co robimy, dobrze by było, aby miało jakiś powód. Chcemy zrobić film, powód może nam pomóc nakręcić wokół niego jakąś ideologię (o ile, oczywiście, ideologię można nakręcać). Chcemy iść do kina, dobrze by było, aby mieć jakiś powód ku temu, na który to powód ewentualnie potem zrzuci się nieudany seans, który nagle już tak beznadziejny nie jest, skoro usprawiedliwiony powodem. I tak, powód do nakręcenia „Antychrysta” miał Lars von Trier, a ty miałeś powód, żeby go obejrzeć na pokazie szumnie nazwanym pokazem przedpremierowym (śmiech na sali, na trochę więcej ponad pół doby przed oficjalną premierą). Duński reżyser nakręcenie nowego filmu wytłumaczył depresją, zanikiem weny twórczej, wątpliwością dotyczącą tego, czy jeszcze kiedykolwiek będzie w stanie napisać jakiś film. Postanowił więc spróbować i przelał na kartkę swoje strachy, demony i traumy (po obejrzeniu „Antychrysta” stwierdzasz, że nie chciałbyś być dziewczyną von Triera). Twoim powodem do obejrzenia efektów tego przelewania jest namowa ze strony gambita, który o „Antychryście” nawijał już od dwóch tygodni, olewając twoją krótką opinię na ten temat zawierającą się w kilku słowach: „trailer mnie nie zachęcił”.

Rozdział 2: Wyobraź sobie, że dmuchasz na rozkwitający oset

No bo co ci pozostało. Zaczyna się film i już w pierwszej zdaje się minucie uświadamiasz sobie, że podtrzymujesz dobrą passę – dwa dni, dwa filmy, dwa penisy męskie (to są i żeńskie) na pierwszym planie. Muzyka ładna, spowolnione krople ładne, pralka ładna. Szept „zmarnowali okazję, mogli wstawić logo Indesit i by im się pół budżetu zwróciło” więźnie w gardle, pani siedząca obok, która go słyszy decyduje się uciec rząd niżej, domyślając się, że możemy przeszkadzać w kontemplacji. Ma pecha. Za chwilę przychodzi spóźniony widz, który rzuca okiem na ekran i pyta jej: „Czy to już film?”. Pewnie też myślał, że reklama Indesita. Woda spod prysznica przestaje lecieć, śnieg z nieba przestaje lecieć, dziecko z okna na plus minus piątym piętrze przestaje lecieć… Rozpoczyna się męka miałkich dialogów przetykanych westchnieniami i zamyślonymi spojrzeniami. Fajne, zimne zdjęcia, ale czemu to takie nudne? Wyobrażasz sobie, że dmuchasz na rozkwitający oset. Jesteś na łące, przypominasz sobie jakieś miłe wspomnienia, szumi wiatr, dziesięć minut filmu zleciało w godzinę.

Rozdział 3: Spróbuj wtopić się w trawę

Niestety ty w fotel kinowy wtopić się nie możesz. Możesz wyjść, ale zapłaciłeś. Cierp. Zazdrościsz szczęśliwcom, którzy po tragicznej śmierci dziecka mogą zaczerpnąć świeżego leśnego powietrza i zaszyć się w zbitym z desek Edenie. Z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego spadają pod twoje nogi zdaje się same Złe jabłka. Oni wzdychają minutami, oni mówią o niczym, ich parzy ziemia… oglądasz to i potrafisz się wczuć w sytuację bohaterki; ciebie też parzy, stołek kinowy w dupsko. Spóźniony pan za chwilę wyjdzie w połowie seansu, ty jesteś twardy. Podśmiechujesz się, wszyscy się podśmiechują – nie ma się co dziwić tobie i innym. Powaga bijąca z ekranu i obrazy z pełnego depresji umysłu reżysera nie powinny śmieszyć. Toż to ból, toż to cierpienie, toż to strata, żałoba i wyrzuty sumienia. Ale śmieszek politowania sam pcha się na usta. I to przekonanie, że to może być najgorszy film, jaki widziałeś w kinie. Nie wiesz jeszcze, że poza kinem leje deszcz – czyżby wszystko tego wieczora miało ułożyć się w ramach najgorszego scenariusza kinowego wyjścia ever?

Rozdział 4: Nigdy nie pieprz się ze swoim przeczuciem

Terapeuta o twarzy Willema Dafoe nie chce przyjąć do wiadomości, że jest marnym terapeutą. Próbuje pomóc swojej żonie, każe jej chodzić po kamieniach i nagą zrzuca z siebie rzucając też dobrymi radami o tym, że ze swoim terapeutą nie powinno się pieprzyć. Zgadzasz się z tym, choć ty raczej nie powinieneś się pieprzyć ze swoim przeczuciem. Czułeś, że nie będzie to film, który cię zainteresuje. Czułeś, że nie będzie to film, który kiedykolwiek obejrzysz jeszcze raz. Czułeś, że wiele hałasu o nic. Dlaczego więc nie posłuchałeś przeczucia? Dlaczego złamałeś zasadę, której łamać się nie powinno. Czy może być jeszcze gorzej? To samo pytanie zadaje sobie terapeuta o twarzy Willema Dafoe, ale nie poddaje się. Próbuje. Kombinuje. Nie wie, że w komórce czeka na niego ciężki pal drewna, ręczne wiertło i zdaje się ciężki kamień ze szlifierki. Co czeka na ciebie? Na razie świeci ci w oczy fluorescencyjny blask wskazówek zegarka, na który spogląda sąsiad.

Rozdział 5: Żołędzie nie płaczą

A zwierzęta nie mówią. Mimo to faworyt wszystkich widzów na seansie, lis – daje znak do rozpoczęcia rządów chaosu.

Rozdział 6: Chcesz mnie zabić? Jeszcze nie

Coś się zmieniło. Nie jest już tak nudno. Tajemnicze obrazki, ryciny z torturowanymi czarownicami, szósty palec u stopy dziecka, komórka z narzędziami, która zawsze ożywia horrory. Nawet te, które należy traktować metaforycznie. „Co to był za horror” wspominasz wizytę u dentysty. Dentysta von Trier też boruje, ale w nodze głównego bohatera. Nie podoba ci się to. Przypominasz sobie, że choć na luzie potrafisz przetrzymać najkrwawsze japońskie dzieła, to jednak takie proste, dosadne i zadziwiająco realnie krwawe borowanie w nodze przyjmujesz z o wiele większą empatią. Czujesz tę borowaną nogę, robi ci się słabo. Cholera, w końcu ten film wywołał w tobie jakąś reakcję inną od drwiny i ziewania. Zimny pot spływa po kręgosłupie w kierunku tyłka i już nie jesteś taki cholernie obojętny. Jest reakcja, jest i akcja. Kojarzysz fakty i rozkminiasz o co chodzi. Choć na usta ciśnie się drwiące umiejscowienie na szczycie piramidy słowa „buty” to dobrze wiesz, że nie to słowo się tam znajdzie. A to tylko jedna z wielu śmielszych hipotez zmierzających w kierunku – „nie no, jest w tym jakiś sens”.

Rozdział 7: Natura jest kościołem szatana, a Tesco kościołem zakupów

Zaczynasz zbierać strzępki fabuły niczym jedno z bohaterów filmu owoce z leśnego runa. Komunia w szatańskim kościele natury. Wynudziłeś się, pierwszej godziny seansu nikt ci nie odda. Potem jednak było lepiej, było ciekawiej. Zareagowałeś, przez ułamki sekund bliski autentycznego omdlenia. Byłeś dzielny wtedy, byłeś dzielny podczas całego seansu, jesteś dzielny i teraz. Światła się zapalają, czas uciekać. Propozycja poczekania na after creditsy zalatuje nieśmiesznym żartem. Byle na zewnątrz, byle uciec do kolorowego świata Tesco po dwudziestej drugiej i pośmiać się z von Triera. A powodów ku temu jest wiele. Ale jest też trochę powodów, żeby minionych dziewięćdziesięciu minut nie uznać za czas stracony. Im dłużej od zakończenia filmu tym tych powodów jest więcej. Dziwne, przecież ta pierwsza godzina… Wiedziałeś na co idziesz, nie spodziewałeś się kolejnego „Hostelu” – nie dlatego zatem śmiałeś się z pralki Indesit. Śmiałeś się, bo było śmiesznie, czy tego reżyser chciał czy nie. A mimo to potrafisz znaleźć pozytywy, choć Bóg świadkiem – łatwo nie jest. Nie zakochałeś się w von Trierze, seansu nie powtórzysz, polecić nikomu „Antychrysta” nie polecisz, ale… Zastanawiasz się, o co tyle zachodu z tym filmem. Ani nie była aż tak niesmaczny, ani nie był aż tak brutalny… Skandal w Cannes? Z jakiego powodu? Tego filmu? Nie widzisz w tym sensu. Za to dostrzegasz go w obejrzanym filmie. Ale nie odpowiesz „tak” na pytanie: „czy jeśli jest w tym sens, to wypada zanudzić widza obrazami swojej depresyjnej wyobraźni?”

Epilog

Mija dzień. Siedzisz sobie w necie i czytasz opinie innych na temat filmu. Nie możesz ukryć złośliwego uśmieszku widząc opinie mówiące o tym, ze scena obcinania łechtaczki nożyczkami to protest von Triera przeciwko podobnym praktykom stosowanym w Afryce. Nie zgadzasz się z tymi, którzy dziwią się skąd na tak poważnym filmie śmiechy na sali kinowej. No jak to skąd? Tak samo jak i nie zgadzasz się z opiniami według których ten film to skandal ujeżdżany przez kontrowersje. Krwawa ejakulacja pierwszoplanowego sztucznego penisa? Może z dziesięć lat temu byłoby się czym oburzać, ale po wszelakich „Baise Moi” czy innych „Romance X” doprawdy nie wypada szafować słowami. Widzisz też sensowne opinie tłumaczące o co chodziło duńskiemu reżyserowi zwanemu też artystą. Zło tu, dobro tam, natura sobie, a szatana nie ma. Może i tak, może i nie. Kto wie. Ty się z tym jednak nie zgadzasz. Dla ciebie antychryst to mały blondynek, który rymnął z okna, tatuś to szatan, a mamusia to niewinna „czarownica”. I olewasz, że nie wszystkie elementy układanki ci do tego pasują. Wystarczy, że zdecydowana większość pasuje – takie jest twoje zdanie i jego będziesz się trzymał. Nie wystawiasz oceny i idziesz obejrzeć jakiś inny film. Koniecznie z gatunku „zabili kogoś i teraz jest śledztwo, które zakończy się twistem”. Bo takie jednak lubisz bardziej.
(814)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.