Step Brothers

Nie mam zielonego pojęcia (czerwonego, ani niebieskiego w ciapki też zresztą nie), kto powiedział Johnowi C. Reilly’emu, że się chłopina nadaje na komika. Ktoś to chyba jednak być musiał, bo sam by na to raczej nie wpadł. Jakby nie było – ile razy widzę go w roli komediowej (z gatunku: wow, ale zwariowany dude), tyle razy mam ochotę rzucać największymi inwektywami w stronę ekranu. To już wolę Seanna Williama Scotta (choć go nienawidzę, nienawiścią szczerą i płonącą). i tu nie chodzi o to, że John C. jest słabym aktorem, bo nie jest. On po prostu się nie nadaje do ról zwariowanych dude’ów – wystarczy spojrzeć mu głęboko w oczy, żeby to zobaczyć.

Na moje szczęście boom na Johna C. chyba już minął (było takie z osiem minut, gdy pojawiał się w co drugim filmie, jaki witał w kinach) i „Step Brothers” to ostatnie podrygi z nim w roli faceta mającego mnie rozśmieszyć. I nieważne, film może być i nawet dobry, ale obecność w nim C. mnie zniechęca i już. Grajże chłopie ciapy w dramatach…

Trochę nieopatrznie napisałem, że „film może być i nawet dobry” – jeszcze ktoś pomyśli, że „Step…” jest dobry. Otóż dobry nie jest, ale zły też nie. Jest przeciętny. Jest w nim kilka dobrych rzeczy i kilka zupełnie niedopuszczalnych w filmie, który miałby mieć ambicję na choćby rozśmieszenie mnie na granicy dobrego smaku. Lizanie psiej kupy i jeżdżenie jajami po perkusji nie mieści się w mojej kategorii dobrej rozrywki. Na drugim biegunie jest za to kilka śmiesznych grypsów i żartów – wychodzi więc z tego obraz prostego równania. Ferrell i spółka, gdyby chcieli zrobiliby jedną zajebiście śmieszną, kultową już za ich życia komedię. Woleli ją jednak rozebrać z dowcipów i pomysłów na kilka części i zamiast zarobić na jednym świetnym filmie, rozdzielili te pomysły pomiędzy kilka produkcji i w ten sposób zarabiają kilka razy. Mieli powiedzmy 20 żartów, podzielili je na pięć grup po cztery żarty i dopełnili te grupy do dwudziestu żartami kiepskimi, żenującymi i jakąś tam fabuła. Voila, pomysł na komedię z Willem Ferrellem.

„Step Brothers” pochodzi ze stajni Judda Apatowa, ale generalnie to reprezentuje on jedną z podstajni. Znaczy się Apatow daje nazwisko, a ekipa filmowa robi co chce i podpisuje się nim w napisach w miejscu dla producenta. W związku z tym powstaje półprodukt, bo całe produkty Apatow bierze już na swoje barki i w większości przypadków wychodzi z tego komedia dużo lepsza od półproduktu. No ale to podstawowe prawo rynku – nie każdy może ubierać się w Adidasy, dla reszty zostają Adidosy. I „Step Brothers” to taki Adidos właśnie. Pośmiać podczas seansu się pośmiejesz, ale jak cię znajomi zobaczą, że oglądasz film o lizaniu psiej kupy, to nie będzie za ciekawie.

Ale ococho. No chodzi o to, że jest sobie dwóch 40-letnich facetów, którzy wciąż mieszkają z rodzicami. A konkretniej jeden z matką, drugi z ojcem. I kiedy rodzice ci postanawiają się pobrać, nasi 40-latkowie chcąc nie chcąc zmuszeni są zamieszkać razem. Z czasem wychodzi na to, że nie jest to taki najgorszy pomysł. Ale przed nimi i ich rodzinami długa droga, żeby zrozumieć parę rzeczy. Z gatunku: nie pierdzi się na rozmowie kwalifikacyjnej, nawet jeśli przeprowadza ją Seth Rogen.

3(6). Wkurza mnie w tych komediach, że widać wyraźnie, że twórcy mogli się wysilić tylko _trochę_ bardziej i film wyszedłby na pewno lepszy. Ale im się nie chce leniom, bo myślą, że John C. Reilly dobrym komikiem jest…
(794)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.