Cziłała z Beverly Hills [Beverly Hills Chihuahua]

No co? Obejrzałem. Nie ma się co tak dziwnie na mnie patrzeć ;P

Pewna rozpieszczona przez Jamie Lee Curtis chihuahua w wyniku zaniedbania przez rozpuszczoną Piper Perabo vel. Uśmiech Żaby trafia prosto z wypasionego hotelu na meksykańską ulicę, gdzie zostaje złapana przez łowców psów, które potem wykorzystywane są do nielegalnych psich walk. Tuż przed śmiercią, ze szczęk czarnego dosłownie i w przenośni charaktera, ratuje ją przystojny i tajemniczy owczarek niemiecki, z którym ruszają w podróż powrotną do domu.

Oglądalna bzdura (megaszczeknięcie? kaman, niezły mózgowiec musiał to wymyślić… ewentualnie fan „Pioruna„, gdzie przynajmniej miało ono jakiś sens), która zrobiła wielką karierę w amerykańskich kinach i nic tylko patrzeć aż do kin zawita „Beverly Hills CHihuahua 2: Ty szczeniaku!”. No ale w ramach rozweselania chorego Aśka zapuściliśmy ten pełen gadających „pieśków” film, bo Asiek to by mogła obejrzeć nawet polski horror byleby były w nim pieśki. A najlepiej francuskie buldogi. W Cziłale z buldogów był tylko ten angielski i Asiek 1/4 filmu zachodziła w głowę, skąd w meksyku znalazł się bezpański buldog angielski. Ja też nie wiem.

Film da się oglądać bez bólu i chyba bardziej od „Opowieści na dobranoc” mi się podobał. Stąd i oceniam go na 3(6) choć w gruncie rzeczy nie powinienem, bo i tak wiedziałem, że mi się nie spodoba i że gdyby nie choroba Aśka to bym go w życiu nie obejrzał. Moja ocena jest więc nieadekwatna, bo jak ktoś ma tak jak ja, to filmu i tak nie obejrzy dając mu bez oglądania 1, a jak ma na odwrót to powie, że film jest zdecydowanie lepszy od 3(6) (choć może i nie, bo szybki look na IMDb pokazuje, że jednak nie jest tak źle z tym światem jak myślałem – 2.8(10) – z drugiej strony te 70 milionów dolarów film zarobił…). No ale to w sumie plus tego filmu – wiadomo  góry co dostajesz. I albo masz na to ochotę, albo ochoty na to nie masz. Prosty i jasno określony target już dzięki samemu tytułowi.

Śmiesznego wiele tu nie ma (pomijając sceny ze szczurem czy co to tam było w „wykonaniu” zabawnego jak zawsze Cheecha Marina), więc ciężko mi pisać o tym filmie jako o komedii. Bo to bardziej film familijny dla całej rodziny, bądź dla samotnych posiadaczy rozpieszczanego ponad miarę zwierzaka (of koz dla rodziny, która rozpieszcza ponad miarę zwierzaki też się powinien podobać – Kora pewnie byłaby zachwycona…). Psiaki są sympatyczne, aktorzy nie przeszkadzają (skąd takiego mośka do roli ogrodnika wytrzasnęli? geez), jak pisałem – oglądać się da. Tylko po co? Lepiej jakieś klasyczne filmy Disneya o zwierzakach pooglądać jednak. Tutaj za dużo „bling-bling” i jeszcze więcej szmerglniętych amerykańskich bogaczy, którym się w dupie od posiadania psa przewraca.

Całość familijnie standardowa. Dobry bohater jest dobry, zły zły, dobro zwycięża, biedny królewicz dostaje łapę królewny za żonę itd. Na odmóżdżacz się pewnie dla niektórych nada – ja wolę się odmóżdżyć przy krwawych prysznicach i wiuchających na prawo i lewo kulach.

Mogliby też trochę przy efektach specjalnych popracować, bo te animowane zwierzaki równie beznadziejne są co i te lwy na początku „Jestem legendą„.

Obejrzeć, zapomnieć, nie wracać.
(774)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl