Cadillac Records

Słowo harcerza, że ta recka będzie krótka, a przy okazji będzie początkiem mini seryjki kilku innych króciutkich recek. Recusiek właściwie. Recusiuniek.

A przynajmniej tak miało być trzy godziny temu, gdy pisałem to pierwsze zdanie i chwilę po nim zająłem się pewnym PROJEKTEM. Teraz to już nic nie mogę obiecać ;P

„Cadillac Records” to amerykański film biograficzny opowiadający o średnio znanych (laikom :) ) początkach rock and rolla, choć zapewne bohaterowie filmu oburzyliby się na takie postawienie sprawy. Wszak w filmie biega o to, żeby ocalić od zapomnienia tych, którzy położyli podwaliny dla tego gatunku muzycznego – muzyków bluesowych, którzy skupili się wokół charyzmatycznego szefa wytwórni Chess Records (Adrien Brody; Chessów tak w ogóle było dwóch, ale o drugim nie ma w filmie ani widu ani słychu ewentualnie patrzyłem nie tam, gdzie trzeba; nie zmieniono natomiast narodowości głównego bohatera – Lejzor Czyz vel Leonard Chess był z pochodzenia Polakiem), który postawił wszystko na jedną kartę i postanowił pokazać światu czarnoskórych muzyków z delty Mississppi – na czele z legendarnym (teraz) Muddym Watersem – uzbrojonych w gitary, harmonijki i wzmacniacze.

Sympatyczny film z gatunku: Quentin takie lubi. Oparte na faktach i opowiadające o Murzynach (mam jakąś dziwną słabość do tego całego łozapa, nigga) choć wystąpienie obu tych warunków w jednym filmie konieczne nie jest. W ogóle nie musi być żadnego, żeby film mi się spodobał, ale jak są oba szanse na moją akceptację są większe.

Bez szaleństw jednak. Solidnie opowiedziana historia, ładnie zaśpiewane piosenki, dobrze „skomponowana” obsada (Jeffrey Wright, Mos Def, Beyonce Knowles, za mało Emmanuelle Chriqui, Columbus Short) plus duża dawka historyczno-muzycznej wiedzy do wyniesienia (niezależnie od tego, że zapewne lekko podrasowana na potrzeby dramatyzmu) i sporo znanych legendarnych już muzyków do poznania. Ładnie wszystko wyważone, ale bez szans na zachwyty, nagrody i oklaski. Solidna, filmowa robota, a to należy docenić i nie narzekać, że po zakończeniu seansu film nie zostawia widza z rozwartą z wrażenia japą. 4(6)

Dwie dodatkowe refleksje:
– Miał szczęście Adrien Brody z tym Oscarem za „Pianistę”. Dzięki niemu ciągle gra w ciekawych filmach choć on sam jest raczej mało ciekawy.
– Blues jest fajny, ale wszystkie bluesowe piosenki są takie same (to taka moja ogólna refleksja od dawna, film mi ją tylko przypomniał). Można posłuchać dziesięć minut, ale potem trzeba spędzić trochę czasu na odwyku.
(777)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl