Oszukana [Changeling]

Moja pierwsza reakcja bezpośrednio po seansie wyrażona w sms-ie do gambita brzmiała tak:

Changeling niezłe, ale Gran Torino lepsze. Za dużo zakończeń. [dalej SPOILER, napisany czarną czcionką, więc jak nie podświetlicie tekstu to się nie natkniecie na niego ;)] Ciekaw jestem, czemu czaszek nie sprawdzili i nie poszukali przerwy między zębami.

Na co gambit:

Changeling ma moment, którego w filmach nie lubię – [SPOILER:] dowiedziono, że to nie jej syn, film się kończy, powoli wstaje z fotela, a tu się okazuje, że w 60% film dopiero przeleciał. [Koniec SPOILERA] Jolie nie ma tu w sumie nic do grania, a ta dramatyzuje jak do Oscara. Ale akurat jeśli chodzi o rozpacz po stracie syna, to jej w ogóle nie widać.

Na co ja:

Poprawiłem swoją opinię o za dużej ilości zakończeń, gdy obadałem real story. Film trzyma się jej zadziwiająco wiernie. Nawet nazwisk nie zmieniono. I za chiny mnie nie przekonali, że to lata 20. To futro okropne. No i widziałem tam normalną dzisiejszą ulicę z wstawionymi starymi autami i tramwajem jak spod igły.

Na co gambit:

Ja to w ogóle się dziwię, jakim cudem Eastwood jest za dobrego reżysera uważany. W każdym jego filmie chujowizny widać gołym okiem.

A dalej to już poszło w stronę narzekania na trzynaście nominacji dla gorszego remake’u „Forresta Gumpa”. Ale gwoli ścisłości trzeba jeszcze dorzucić, co pisał gambit jakiś czas temu bezpośrednio po seansie, bo jeszcze wyjdzie na to, że mu się film nie podobał:

Changeling okazuje się bardzo fajnym filmem.

A dalej to już poszło w stronę narzekania na trzynaście nominacji dla gorszego remake’u „Forresta Gumpa”…

No i generalnie to tu mógłbym skończyć tę reckę, ale chyba jeszcze dwa słowa dopiszę, żeby nie było, że wyszła mi recka bez standardowego quentinowego lania wody o dupie maryni. No więc tak:

Dużo złego dla „Oszukanej” zrobił Brian de Palma swoim nudnym jak przemówienie Fidela Castro filmem „Czarna Dalia”, którym skutecznie odstraszył mnie od kina podejmującym tematów z początku ubiegłego wieku. Zresztą, to w ogóle temat, który nie cieszy się moją wielką sympatią, żeby tylko wspomnieć „Mullholland Falls” (nomen omen też (bo i w „Oszukanej” jest) z Johnem Malkovichem), na którym bez trudu usnąłem nawet na niewygodnym kinowym siedzeniu. Mając we wspomnieniu te dwa filmy, zabrać się za „Oszukaną” nie mogłem, bo choć opinie o tym filmie były w przeważającej większości pozytywne, to jednak perspektywa „uspania” (piję do komentarza z meczu szczypiorniaka Polska – Dania (tego grupowego jeszcze) „nie dajmy się uspać!”) przez ubraną w futro i głupią czapkę Angelinę Jolie, do której nie mam absolutnie nic i to nie ona mnie odstraszała od filmu… Bohaterka filmu Eastwooda w realu:

No ale w końcu obejrzałem.

Oto mamy panią Christine Collins, która samotnie wychowuje syna. Pewnego dnia wraca do domu, gdzie okazuje się, że syn zniknął. Poszukiwania prowadzone na własną rękę a potem przez policję nie dają żadnego rezultatu. Mijają miesiące. Policja odnajduje syna pani Collins i zwraca go matce. Jest tylko jeden problem – kobieta twierdzi, że to nie jej syn.

Film, zgodnie z opiniami tych, którzy już go widzieli rzeczywiście okazał się kawałkiem dobrego kina, któremu z pewnością warto poświęcić te dwie i pół godziny (z dwiema przerwami na siku) swojego życia. Co kilka minut Eastwood (a raczej życie) serwuje nam nowe zwroty akcji, tak więc po początkowych minutach, w których niewiele się dzieje poza próbą pokazania nam Los Angeles końca lat dwudziestych (próbą jak dla mnie nieudaną, o czym pisałem w powyższych sms-ach), akcja nabiera rozpędu i już do końca coś nowego się dzieje, choć nie sposób odnieść wrażenia, że film kończy się przynajmniej o dwa razy za dużo. No ale to jest do wybaczenia biorąc pod uwagę prawdziwą historię pani Collins – cóż miał Eastwood zrobić, że tak się jej życie potoczyło a nie inaczej. Pewnie można było to jakoś lepiej przemyśleć już na poziomie scenariusza nowej gwiazdy scenariuszopisarstwa (filmowego, bo seriale płodzi nie od dzisiaj) J. Michaela Straczynskiego, ale nie przesadzajmy, Skoro zwykło się mówić, że życie pisze najlepsze scenariusze, to lepiej założyć, że tak właśnie jest i nie czepiać się pierdół. Bo poza tymi rzeczami nie ma się za bardzo, czego w „Oszukanej” przyczepić.

I z grubsza wszystkie zarzuty, jakie mam (zbyt durny szef policji – za głupi, żeby piastować takie stanowisko; dziwna upartość w podsuwaniu bohaterce „syna”; na kilometr pachniało tym, że kompromitacja policji może być nieporównywalnie większa niż zadowolenie opinii publicznej ze znalezienia syna – „tak, to możliwe, kręgosłup mógł się skurczyć”…) można chyba obalić tym, że tak było naprawdę i to mi wystarczy. Nie sprawdzałem co prawda aż tak dokładnie wiarygodności scenariusza, ale to mi niepotrzebne, bo film mi się podobał i nie widzę sensu szukania na siłę dziury w całym. 5(6)
(741)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.