Lost – 5×04 – The Little Prince

– Ciekawe po co pokazują w previously matkę Claire… 😉

– Ohohoho, zaczynamy marnować czas ekranowy. Dwie minuty wydarte z życiorysu na scenę z Jackiem i Kate, w której dowiadujemy się, że Kate powie, że Aaron jest jej dzieckiem, a Jack nakłoni wszystkich do kłamania na temat tego, co działo się na Wyspie. WOW! Ale nowość…

– A ten punkt pierwszy to przez to prowadzenie akcji na sześćdziesięciu płaszczyznach czasowych. Trzeba mieć łeb, żeby wszystko spamiętać, gdy między odcinkami są tygodniowe przerwy a nie ma się czasu na to, żeby sobie utrwalić zdobyte z odcinka wiadomości. To i ci, którzy ogarniają chyba powinni się spodziewać takich zapychaczy-przypominaczy.

– Ale mi się spać chce.

Go, Sun! Go! Tylko skończ lepiej:

– Myślnika pierwszego ciąg dalszy (tak, wiem, okropnie się czepiam):
– Panie Norton, gdy przyszedł pan po próbki krwi ode mnie i mojego syna, zapytałam, kim jest pański klient.
– Odpowiedziałem, że nie mogę powiedzieć.

– (C)Liczby(TM) wróciły. Long Beach Marina Slip 23, 42 Panorama Crest…

– O, coś się świeci (Hatch?), ale po cholerę podchodzić i zobaczyć. Lepiej „trzymać się od tego z daleka”. I nikt nie oponuje.

– Claire urodziła Aarona. Ojej, serio?

– Trzeba przyznać, że pierwsze 20 minut odcinka koncertowo niepotrzebne.

– Co się stało? Widziałeś coś?
– Nieważne

Tak jest, „nic mu nie mów’ jak to mówiło pewne ciasteczko. Razem z przebłyskami wydarzeń z początku serialu wracają ówczesne mankamenty. Nikt nikomu nic nie mówi, bo i po co, jeszcze by szybciej na jakieś rozwiązanie wpadli.

Ale żeby nie było – plus dodatni jest taki, że przynajmniej nie było flasha w momencie: „Nie uwierzysz! Widziałem…” flash.

– Hatch, of koz. I proszę, proszę, coś sobie mówią. Zatem… Po co było te parę zmarnowanych minut na podchody typu „powiedz, a nie powiem”?

– Ech, ale by było pięknie, gdyby znaleźli Rose, Bernarda, Vincenta i resztę powieszonych na drzewach przy plaży.

– Indyjskie linie lotnicze. W końcu i w lostach mamy Bollywood! Nie licząc of koz Sayida:

Nikogo to nie interesuje, ale ta na lewo od Aishwaryi to żona Mahesha Babu.

– O, spać mi się odechciało niepostrzeżenie.

– Co by nie gadać, te całe flashe to znakomity pomysł na to, żeby zapychać odcinki niczym. To się cofną i zobaczą coś z przeszłości, to flashnie w trakcie ważnego dialogu, to znów na wszelki wypadek flashnie, żebyśmy się czasem nie dowiedzieli kto ich gonił łódką… Ludzie się cieszyli, że decyzja o tym, że będzie tylko sześć sezonów sprawi, że scenarzyści sobie będą mogli ładnie rozplanować akcję do końca, żeby już nie musieć na wszelki wypadek (czytaj: siedemnaście sezonów) zapychać odcinków przedłużaczami. Dupa sałata. Widać nie mieli aż tyle do rozplanowania…

– A tak swoją drogą pływają i pływają, a na wielką nogę się drugi raz nigdy nie natknęli. Mogliby w końcu.

– Po to.

– Noo, w końcu jakiś zwrot akcji i od razu żwawiej się robi. Szkoda, że to już końcówka odcinka.

– W poprzednim odcinku rozkminiałem anagram akuszera, a tu już mnie czujność zawiodła. Na szczęście inni są bardziej czujni ode mnie i zauważyli, że:

Canton-Rainier = Reincarnation

Vanagram hehe 😀

– Jest i Danielle. To urocze, że tak akurat przeskakują do momentów w historii Wyspy, w których coś się dzieje. W tym przypadku nie chcą opóźniać… I weź tu mi dogódź 😉

– Mnie się nie chciało, ale inni rozkminili:

Be-six-douze = B-6-12(po francuskiemu). B612, nazwa asteroidy, na której mieszkał tytułowy Mały Książe.

Szczegół, że nad „e” jest akcent…

– O, Dżinzuszi. Przeniósł się w czasie na sekundę przed wybuchem? A jako że flash był chyba po wybuchu więc to nie przeniesienie w czasie go uratowało tylko po prostu, przeżył wybuch, jak się można było domyślać (nie piszę „a nie mówiłem” bo to była typowa sytuacja z gatunku „na dwoje babka wróżyła”) i przeniósł się taki dryfujący w czasie. ewentualnie nie była to ekipa Danielle… 😉

– Oui, Danielle.

– Aha, czyli to twist niby na koniec, tak? Bo oczywiście nie było wiadomo na 100% od razu, jak się okazało, że laska jest w ciąży… No dobra, to w takim razie: WOW! Właśnie się przedstawiła i nie uwierzycie! Toż to Danielle Rousseau.

Wyrok. Niewiarygodnie wprost nudny odcinek przez pierwsze pół godziny. Ostatnie dziesięć minut niezłe. Ale nie narzekam (więcej ;P) i czekam na następny odcinek. Wszak z czystej statystyki wynika, że im więcej słabych odcinków, tym bliżej do tego naprawdę świetnego :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.