Boisko bezdomnych

Polskie filmy są w przerażającej większości do kitu (wyjątki potwierdzają regułę i na szczęście trafiają się od czasu do czasu), a Marcina Dorocińskiego nie trawię jak dzieci tranu, ale jakoś tak w głębi serca byłem przekonany, że to dobry film. I moje przekonanie okazało się słuszne. Bo „Boisko bezdomnych” jest właśnie takim filmem. Ani złym, ani wybitnym, ale dobrym.

I choć Marcina Dorocińskiego uważam za nieślubne dziecko Stevena Seagala i Keanu Reevesa, to trzeba przyznać, że rola w filmie Kasi Adamik (córka Agnieszki Holland, która to Agnieszka Holland pojawia się tu w małym cameo; nic dziwnego, czego jak czego ale właśnie takich myków należałoby się właśnie spodziewać po „wychowanej” w Stanach Adamik) akurat mu podpasowała w myśl zasady (tak sobie tworzę na potrzeby recek te zasady – trzeba by je w końcu zacząć spisywać) „nawet kiepski aktor od czasu do czasu błyśnie w filmie, w którym postać, którą gra w jakiś sposób jest mu bliska”. I nie mówię tu bynajmniej, że chłopak ma zadatki na bezdomnego, tylko że na długo zanim ktokolwiek zaczął zatrudniać go w filmach już mówiło się o nim, że to najlepszy piłkarz wśród aktorów i najlepszy aktor wśród piłkarzy. Dlatego rola przegranego reprezentanta kraju w piłce kopanej pasowała mu jak nigdy i w filmie udowodnił, że tak naprawdę jest. A żeby przy okazji być menelem to niewiele potrzeba – wystarczy się ubrudzić i kląć jak szewc. A kląć z grubsza potrafi każdy.

Tak sobie pomyślałem podczas oglądania filmu, że najwyraźniej film sportowy każdy umie zrobić. Czy to Indie („Chak De! India„) czy Polska – chcesz zrobić dobry film, rób film sportowy. O, kolejna zasada. Reguły w filmie sportowym są stałe, niezmienne i wałkowane już tyle razy, że jest cała masa ściąg, z których można korzystać. Czy korzystała nich Adamik nie wiem, ale z pewnością „Boisko bezdomnych” to rasowy film sportowy z domieszką obyczajowego smrodku. Smrodku w sensie pozytywnym, ot takim typowo polskim. Nieważne o czym film, ważne, żeby ktoś umierał na raka, źle mu się działo, czy inna tragedia wisiała mu nad głową. Ot, standardowy film polski niezależnie od gatunku. Tyle że w przypadku „Boiska…” ta mieszanka polskiego kina moralnego niepokoju (przesadzam, ale umyślnie ;P) i amerykańskiego kina sportowego nakręcona przez polsko-amerykańską reżyserkę wyszła fajnie.

Film Adamik opowiada o Jacku Mrozie (tak się chyba nazywa chłopina, standardowo nie chce mi się sprawdzać), który to Jacek Mróz w wieku siedemnastu lat dochrapał się możliwości zagrania w reprezentacji kraju. Niestety, wielką szansę szlag trafił, bo mu kolega z boiska przetrącił kolano i tyle z kariery wyszło. Jacka poznajemy, gdy zostaje wykopany przez żonę z domu i ląduje na Dworcu Centralnym. Tam spotyka kopiącego co_się_da_i_wygląda_na_piłkę Indora (Eryk Lubos Jacek Mróz) i tak od słowa do słowa rodzi się pomysł zagrania na mistrzostwach świata bezdomnych. O dziwo udaje się skompletować drużynę, która jakimś cudem wierzy, że uda im się pojechać do Szwajcarii, choć żadnych przesłanek ku temu nie ma.

No i dalej to już każdy wie co i jak. Każdy kto widział choć jeden film sportowy. Bo oprócz filmu sportowego to mimo starań reżyserki wiele innego tu nie ma. Oczywiście każda z postaci ma jakiś tam „background”, ale wiele odkrywczych rzeczy z tego nie wynika. No bo weźmy np. takiego księdza (Jacek Poniedziałek). Cóż z tego, ze to ksiądz? Nic. Mógłby być kimkolwiek innym i wiele by to nie zmieniło. Ot korzystając z reguł z deka wypracowanych przez kino katastroficzne typu „Airport 19łotewer” poznajemy poszczególnych członków drużyny i tak nam się ładnie film wydłuża bez konieczności pokazywania tego, że tak naprawdę prawie żaden z nich w piłkę grać nie potrafi. Nie jest to jednak jakiś tam zarzut, bo te „backgroundy” nie sprawiają, że w filmie coś zgrzyta. Bo nie zgrzyta. Ot konsekwentnie przemy sobie do przodu poznając naszych bohaterów w przerwach między dość morderczymi treningami. Żadnych niepotrzebnych tragedii z tego nie ma, bo i po co większa tragedia niż bezdomność miałaby przeszkadzać[Za to może coś zgrzytać w tym akapicie, bo właśnie mi zaczęto prawie nad głową miksować jakiś groch czy inne świństwo (dynia podobno), z którego będzie zupa, z której postaram się jakoś… wymiksować. PS. Jak nauczyć psa, żeby zamykał za sobą drzwi? ;P]

Jak to w filmach o piłce, naiwności tu nie brakuje, ale można na nie oko przymknąć i zwalić na to, że reżyserką jest kobieta. Uwaga to seksistowska czy nie, ale co ja pocznę, że z grubsza (i znów od tej reguły są wyjątki) mało która kobita zna się na piłce. To i z łatwością przychodzi jej dość naiwne pokazywanie korupcji w polskiej piłce nożnej, trzeciorzędnych działaczy z dojściami w PZPN-ie, którzy mimo to koniecznie potrzebują menela, żeby jako trener sprzedał kilka spotkań itp. Tak samo między bajki można włożyć, że banda bezdomnych (kierowana tak naprawdę przez kogo? chłopaka, który w wieku 17 lat otarł się o kadrę i który pewno nawet nie ma trenerskich uprawnień, bo doprawdy nic w filmie na to nie wskazuje) pokonała trzecioligową drużynę i w ogóle, ta cała misja mistrzostwa świata bardziej w sferze życzeniowej nie tylko zawodników, ale i pani reżyser się znajduje niż w realnym zasięgu w sposób przedstawiony w filmie. Ja wiem, że sukces w postaci świetnego występu naszej kadry na MŚ bezdomnych rzeczywiście się całkiem niedawno wydarzył, ale mam wrażenie, że zespół ów skompletowany został w zupełnie odmienny sposób niż ten przedstawiony w filmie. Być może jestem w błędzie i taki kosmos rzeczywiście jest możliwy, ale jakoś „nie wydaje mi się”. Zresztą, tych bezdomnych to tak naprawdę w filmowej drużynie było niewielu i może to i dobrze, że film się skończył zanim zdążyli ich z hukiem wyeliminować.

Tak czy siak od początku do końca ogląda się „Boisko bezdomnych” z przyjemnością, dlatego 4(6) jak najbardziej zasłużone i niemy krzyk do pani Adamik: „Pani Kasiu, niechże pani w jakiś sposób postara się zrobić drugi sezon Ekipy!”.
(734)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.