Quentin poleca [24.10.2008]

Była tu kiedyś (prawie rok temu) taka seria, która nie trwała dłużej niż ułamek sekundy/mrugnięcie okiem/walka Gołoty. Była, ale się zmyła, bo autor bloga to leń patentowany, który na dodatek o niczym nie ma pojęcia i ciągle tylko pisze o boliłudzie, niedobry. Dzisiaj na sekundę owa seria powróci (przypuszczam, że wątpię, że będzie mi się chciało program telewizyjny wertować jak za czasów TBŚ-a), bo mignął mi w dzisiejszym programie film, którego przegapić nie wolno. I choć mam to dziwne wrażenie, że o nim już tutaj pisałem właśnie w ramach ww. serii (telewizja lubi powtarzać filmy, a potem robić powtórki powtórek), ale na pewno mnie to nie powstrzyma przed poleceniem.

I tym prostym sposobem mamy już połowę notki o niczym. Grunt to umiejętne lanie wody.

Tak więc, ja rozumiem, że dzisiaj jest piątek weekendu początek i nikt w domu nie siedzi (to znaczy ja siedzę, ale ja nie jestem miarodajny, bo jak już wyżej wspomniano na niczym się nie znam; poza tym czeka mnie wieczór tortur w postaci obejrzenia „Agentek” (nawet nie pytajcie po co) i tortur mniejszych w postaci obejrzenia „M jak miłość” (ależ to na psy zeszło!) (też nie pytajcie po co)) (dobrze nawiasy policzyłem? wszystkie zamknięte? ;P), ale gdyby jednak komuś przyszło kiblować „w ciepłych dekoracjach pokoju” (tak mi się przypomniałeś skoro już o muzyce – rkdeey dalej w gipsie się męczysz? :) ) to koniecznie o 21:20 włączcie dzisiaj TVP1, bo tam…

To straszne. Siadam, pięć minut stukam, pół Notatnika tekstu o niczym… a potem się dziwię, że mnie palce w stawach bolą…

A więc 😉 jeśli ktoś tu w ogóle dotrwał, to dziś o 21:20 na TVP1…

NIC DO STRACENIA

Reżyseria:  Steve Oedekerk
Scenariusz:  Steve Oedekerk
Obsada:
Martin Lawrence – T. Paul
Tim Robbins – Nick Beam
John C. McGinley – Davis ‚Rig’ Lanlow
Giancarlo Esposito – Charlie Dunt
Kelly Preston – Ann

Emisja: TVP1, 21:20, piątek 24.10.2008

Bohaterem tego oto filmu jest poczciwina Nick Beam, który bardzo kocha swoją żonę. Pewnego dnia wraca z pracy wcześniej i przekonuje się, że jego żona też bardzo kocha, ale kogoś innego. Zamiast jednak krzyknąć „hanej ajm hołm” i z lubością udawać, że w szafie szuka się płaszcza, Nick bez słowa wychodzi z domu, wsiada w samochód i rusza w nieznane. Nie mija kilka minut, gdy Nick ląduje na muszce rewolweru T. Paula. TO NAPAD!

Fakty są niezbite. Martina Lawrence’a nie lubię i pałam do niego filmową nienawiścią. Filmów, w których jest największą gwiazdą zwykle nie da się oglądać bez irytacji wyzwolonej już na sam widok okładki takiego filmu. Co innego sytuacje, w których Lawrence jest partnerem dla kogoś innego. Partnerował Willowi Smithowi i dwa razy wyszły fajne „Bad Boysy”, tutaj partneruje Timowi Robbinsowi i wyszedł z tego chyba jeszcze fajniejszy film. W zasadzie to wyszła z tego jedna z moich absolutnie ulubionych komedii.

Widziałem „Nothing to Lose” niezliczoną ilość razy i za każdym razem poprawia mi humor. Lawrence bywa momentami irytujący, ale spokój Robbinsa skutecznie go równoważy i nie sposób polubić takiego lawrence’owatego wydania. Nawet, gdy narzeka, że nie mu dupa zdrętwiała. Pomysł na film jest prosty, wykonanie znakomite, żarty przedniej marki – jednym słowem świetna zabawa od początku do końca filmu. A skoro o końcu filmu to pamiętajcie, żeby wysiedzieć do „po napisach” (o ile TVP pozwoli), bo tam czeka jeszcze jedna niespodzianka.

A teraz parę filmików i dwa słowa o najnowszych produkcjach z Bollywood.

Żartuję, tylko o Bollywood.

Żartuję, tylko parę filmików. Nie kumam tego murzyńskiego slangu:

Pan reżyser tańczy, czyli Steve Oedekerk’s Flashlight Dance:

Handehoch zu aszloch!

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.