Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka [The Mummy: Tomb of the Dragon Emperor]

Tak jak obiecałem, wybrałem się wczoraj na trzecią część „Mumii”. I w sumie cieszę się, że miałem wejściówki za friko (pozdro eF.), bo choć moim zdaniem film jest lepszy od czwartej odsłony Indy’ego, to do końca nie jestem pewien czy byłbym zadowolony, że wydałem kupę kasy na bilet. Miałbym raczej mieszane uczucia, ale tak sobie teraz myślę, że ja już nie wiem czy w ogóle opłaca się chodzić do kina… i czy mieć pretensje do filmów, że swoją widowiskowością na kolana nie rzucają. Może po prostu w kinie rozrywkowym króluje przeciętność i tyle. I jeśli już trafi się na film, który nie zanudzi bądź nie zażenuje (tak jak Indy) to należy się cieszyć, bo zawsze można było trafić gorzej.

W trzeciej części „”Mumii” powracają znane z poprzednich części postaci. I tylko Rachel Weisz próżno szukać, bo zastąpiła ją… i tutaj normalnie cały film się zastanawiałem jak ta baba się nazywa i dopiero końcowe napisy mnie oświeciły, że to Maria Bello przecież. Minęło trochę lat (choć po Fraserze akurat średnio to widać), para nieustraszonych pogromców mumii dochowała się potomka i strasznie się nudzi. Na szczęście okazja sama pcha się w ich ręce, gdy dostają do przewiezienia do Szanghaju sporej wielkości brylancik, na który podobno chrapkę ma wielu zbirów, których można po drodze nakopać. A przy okazji kamyk przyda się również Cesarzowi Smokowi (Jet Li), który wraz ze swoją armią czeka tylko, żeby ich obudzić.

Nigdy nie byłem wielki fanem „Mumii”, ale też nie narzekałem na nią zbytnio. Jedynka była w miarę spoko, dwójka mniej w miarę, ale też spoko – w sumie według mnie były lepsze niż gorsze, szczególnie wobec posuchy na kino przygodowe. Niezmiennie jednak najbardziej podobał mi się spin off „Król Skorpion”, który autentycznie przypadł mi do gustu i zdecydowanie wyróżnił się z muminej serii. Trzecia część standardowo zachęciła mnie trailerem i skoro pojawiła się okazja, by zobaczyć ją za darmo, to z niej skorzystałem. I muszę powiedzieć, że jak na film obejrzany za friko był fajny. Ale im więcej dacie za bilet tym mniej się on może wydać fajny 😉 Film, a nie bilet, bo w biletach w zasadzie nigdy nie ma niczego fajnego.

Największym plusem całego filmu było to, że jak napisałem wyżej, nie czułem się podczas seansu zażenowany, że obrażają moją małą, bo małą, ale inteligencję. Były yeti, był cesarz zamieniający się w smoka, była lawina, która przykryła ziemię maks półmetrową (no może metrową) pokrywą śniegu, była armia obszarpańców niewiele lepiej zrobiona od tej znanej z „Armii ciemności”, ale ani razu nie pomyślałem sobie „no kaman!”. Wiadomo, przygodowy film o mumiach to nie National Geografic i pewne rzeczy trzeba wziąć takimi, jakie są. Przynajmniej nikt w lodówce nie przetrwał wybuchu nuklearnego, a i przewożony kamyk był normalnych rozmiarów, a nie w postaci dupnej kryształowej czaszki, która samym tylko wyglądem wzbudzała we mnie najpierw śmiech, a potem poczucie politowania.

Jeśli więc spodziewacie się lekkiego rozrywkowego kina to „Mumia 3” może być. Ale tylko może być, bo zachwytów się nie spodziewajcie. No chyba, że się ma mało lat, to wtedy inaczej przeżywa się tego typu widowiska. Niestety w pewnym wieku (he he) ciężko bez reszty bawić się na filmie tak naprawdę dla dzieci. Szczególnie, że widowisko to raczej standardowe i oszałamiających efektów specjalnych na niespotykaną dotychczas skalę się nie spodziewajcie. Ot paru wybuchów i dość kijowo wyglądającego Cesarza Smoka w wersji przedtransformacyjnej (biedny Jet Li, jak nie małpę z niego robią, to terakotową figurkę, która nie jest do niego nawet podobna). Jest też trochę humoru, ale w wersji nie powalającej na kolana z jednym tekstem wybijającym się na zdecydowane prowadzenie: „yak yacked”.

I tylko szkoda, że zupełnie niewykorzystane zostało pojawienie się na jednym ekranie Jeta Li i Michelle Yeoh. Jakby to fajnie było popatrzeć jak się napieprzają przez więcej niż pół minuty. W ogóle kung fu zostało zepchnięte przez przygodę do parteru i aktorzy o takich możliwościach nie mieli okazji pokazać, co potrafią. Prawdę powiedziawszy byli tutaj chyba tylko po to, żeby więcej znanych nazwisk było na plakacie.

Reasumując: standard i sztampa, ale oglądalna i pozbawiona zbyt wielu przynudzaczy. Lepsza od nowego Indy’ego, ale o to nie było niestety trudno. Wasze dzieci będą zadowolone 😉 4(6)
(657)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.