Arjun

No wiem, z sondy wyszło, że mam już nie pisać o Bollywoodzie, ale cały dzień nic tu nie było, a ja tylko „Arjuna” obejrzałem… Ale zaraz, przecież to nie Bollywood. To co ja się przejmuję? Lepsza notka o „Arjunie” niż notka o niczym lub brak notki. Poza tym mówię! To nie ze mną jest nie tak, to raczej z Wami, że mi nie wierzycie, że niektóre ichnie filmy naprawdę da się oglądać! ;P

Ale, ale. Przecież to mój blog. Będę pisał, o czym chcę. Choćby to był cykl rozwojowy nornicy.

Nornica ma cykl rozwojowy?

Kiedyś myślałem, że ciężko jest zdobyć rzadkie horrory typu „Guinea Pig” czy coś w ten deseń. Parę lat polowałem na „The Killer” Johna Woo i inne jego filmy, ale teraz już nie ma problemu z takimi rzeczami. Przy odrobinie dobrej woli wystarczy parę klików myszką i każdy z grubsza film można sobie zdobyć w ten czy inny sposób. Myślałem przeto, że nie ma już rzeczy nie do zdobycia, ale się myliłem. A wszystko wyszło właśnie w przypadku „Arjuna”. Dowiedziałem się, że kiedyś pokazywano go w Polsce na jakimś festiwalu i oczywiście można go zdobyć na własność, ale, tu zonk, bez polskich napisów. Co tam polskich, nawet angielskich do niego nie było, a dystrybutor pokazu kinowego nie chciał popuścić polskiej wersji językowej, bo nie i już. Ciężko jest więc być fanem Tollywoodu. Dobrze, że ja nie jestem hehe ;P A do wszystkich filmów stamtąd, które mi się podobają, napisy są. Choćby i angielskie. A i do „Arjuna” w końcu się pojawiły i mogłem go sobie obejrzeć. Nie, żebym specjalnie chciał to robić, ale się wziąłem za tłumaczenie, co by sobie przypomnieć jak się to robi przed czwartym sezonem „Prison Break”. I tak robiąc te napisy kawałek po kawałku, obejrzałem cały film. A napisy zanapodam wkrótce – można się cieszyć.

Bohaterem filmu jest student (Mahesh „Nie lekceważ go, to student!” Babu), którego siostra zakochała się w koledze z jednej klasy i teraz chętnie by za niego wyszła za mąż. Pierwszym problemem jest to, że ukochany ma już narzeczoną, a drugim problemem jest to, że ma też morderczych rodziców, którzy nie przepuszczą nikomu, kto stoi na ich drodze do bogactwa, A że siostra naszego bohatera właśnie na tej drodze stoi, to…

Co to ja miałem… aha… Wyobraźcie sobie, że 😉 „Arjun” jest filmem, na potrzeby którego wybudowano najdroższe w historii kina telugu dekoracje. Przynajmniej tak było naówczas, gdy film wchodził do kin (2004). Lwią część budżetu pochłonęła budowa dokładnej repliki świątyni Madhura Meenakshi, która stoi sobie w Maduraju, a której kopię wybudowano na obrzeżach Hajderabadu. Koszt wzniesienia świątyni wyniósł około 40 milionów rupii, wybudowana została na pięciu akrach ziemi, do jej budowy zużyto 90 ton żelaza, a pięciuset robotników postawiło ją w pół roku. Pobili tym samym rekord oryginalnych budowniczych, którym budowa świątyni zajęła… pięć wieków między XIII a XVIII w. Opłacało się, bo aż 40% czasu zdjęciowego do „Arjuna” filmowcy spędzili właśnie tam. Ciekawe, prawda? 😉 Tak to wygląda w filmie:



A tak to wygląda okiem aparatu fotograficznego Aśka który wizytował Maduraj w lutym tego roku:




Zdjęć ze środka nie ma, bo, co za chamy! kazali wycieczkowiczom zapłacić za zwiedzanie i poszczuli policją. Podróżniczy tip: najlepiej jechać do Indii wyglądając jak Hindus. Zresztą, świątynia Madhura Meenakshi to nie jedyne miejsce, które załapało się zarówno do „Arjuna” jak i do aparatu Aśka. Bo na przykład załapał się też Charminar. „Arjun”:


Aparat fotograficzny:



Pewnie jeszcze się coś załapało, ale nie jestem biegły w topografii Hajderabadu i Maduraju.

No ale miało być o filmie. Fajny jest. A jeszcze fajniejsze będzie miał napisy ;P Napieprzają się ile wlezie, maczety ociekają krwią, zabójczy teściowie gonią swoją ciężarną synową i chcą ją zaciukać, Mahesh się wkurza i dokonuje srogiej pomsty w zapalczywym gniewie i ogólnie łubudu na całego. NTR toto nie jest, ale ujdzie. A jak się nie napieprzają to śpiewają (fajnie, mnie się podoba, zapodam przy okazji jakieś przetłumaczone piosenki) i nie za dużo gadają o pierdołach. Bo gadanie o pierdołach zabiło „Athadu”, które fajnie się zaczyna, fajnie się kończy, a w środku jest jedna wielka nudna dziura. W „Arjunie” nudy za dużo nie ma i chwała mu za to, bo gdyby mi przyszło tłumaczyć jakieś przegadane pierdoły… Brrr.

Wiem, że i tak nikt „niezrzeszony” nawet tego filmu końcem palca nie dotknie, dlatego się nie rozpisuję hehe. „Nie wiecie, co tracicie” nie napiszę, bo i tak nie uwierzycie, a i pewnie zaczynać na próbę z Tollywoodem od tego filmu to jednak nie ma co, bo choć zaczyna się od napierdzielanki w deszczu, a wkurzony Mahesh siedzi na drzewie i krew kapie z maczety, to za moment wesoło pląsają, że można nawet polecieć na Marsa, jeśli się chce. A to wydaje mi się za duży szok dla zjadacza hollywoodzkiego chleba.

No to se chociaż fotki krajoznawcze pooglądajcie, żeby nie było, że całkiem na straty ta notka.

Następna będzie recenzja normalnego filmu. Obiecuję ;P

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl