Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

U, Me Aur Hum

Stało się. Asiek napisała w końcu magisterkę i znów mogę oglądać Bollywoody ;P Bo sam nie mogłem, żebym czasem nie zobaczył czegoś, czego nie widziała. Ale nie martwcie się, będę trzymał umiar :) Poza tym jest jeszcze inna nadzieja. Normalnie oglądamy wczoraj na sen „Umrao Jaan: Losy pięknej kurtyzany”, a tu Asiek mówi: „Chyba coś ze mną nie tak. Kiedyś bym się zachwycała tym filmem, a teraz nic”. No, ale o Umrao inną razą, a teraz „U, Me Aur Hum”.

Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak wielką ochotę miałem zobaczyć ten film. Co prawda obsmarowałem troszeczkę na tym blogu trailer do niego, ale i tak miałem chęć na seans, choć do wyboru była doprawdy cała masa bollywoodzkich nowości (nie mówiąc o nowościach hollywoodzkich i starociach wszelakiego sortu). No i zamieniłem chęć na seans.

Ciężka sprawa z pisaniem o „U, Me…”, bo żeby napisać konkretniej ococho trzeba by wspomnieć o filmach, z których rżnie. A rżnie z dwóch (przy czym z jednego jak sądzę świadomie, a z drugiego niekoniecznie): jednego hollywoodzkiego, a drugiego koreańskiego. I teraz tak, powiem jakie to filmy, to albo zepsuję seans tym, którzy ich nie widzieli, a widzieli „U, Me…” albo tym, którzy widzieli te dwa, a nie widzieli „U, Me…”. Przy czym tych drugich wcale nie żal, bo „U, Me…” to strata czasu. Powiem więc może tyle, że obydwa rżnięte filmy mają swoją reckę na tym blogu i tym samym zawężę poszukiwania do ledwo 654. recek. Na chybił trafił większe szanse trafić, o jakich filmach piszę, niż wczoraj skreślić szóstkę (ale nie taką, jaką ja skreśliłem).

A dlaczego „U, Me Aur Hum” to strata czasu?
– Bo jest nudny.
– Bo ma całą masę z dupy wziętych wątków.
– Bo ma całą masę niepotrzebnych postaci.
– Bo skoro są przynajmniej dwa lepsze od niego filmy o tym samym to po co oglądać właśnie jego? (przy czym ten amerykański, o którym niewspominając wspominam też mi się średnio podobał).
– Bo jest nudny.
– Bo Asiek się na nim prawie wcale nie wzruszyła, a dzień wcześniej ryczała jak bóbr na kungfufowej pandzie.
– Bo ja nie wzruszyłem się wcale. Miałem łzy w oczach, ale od ziewania.
– Bo pierwszej połowy spokojnie mogło by nie być. Pamiętać należy, że pierwsza połowa bollywoodzkiego filmu jest dłuższa niż pierwsza połowa amerykańskiego filmu. Można też pamiętać, że na szczęście pierwsza połowa „U, Me…” jest krótsza od standardowej długości pierwszej połowy bollywoodzkiego filmu.
– Bo liczba płynących z ekranu mądrości jest tak duża, że aż za duża 😉
– Bo jest nudny.
– Bo Kajol wymalowali tak, że zamiast oglądać film człowiek się zastanawia, dlaczego wymalowali biedną Kajol aż tak.
– Bo nikomu nie wmówią, że w Indiach jest tak czysto jak w „U, Me…”. Normalnie kraj raj. Dajcie znać, jeśli zauważyliście choć jednego śmiecia na ekranie. Zwykły kłębek kurzu może być.
– Bo trwa dwie i pół godziny, a to sporo czasu.
– Bo jest nudny.
Itd.

Serio, ja nie mam nic przeciwko dwuipółgodzinnym filmom bollywoodzkim. Nie mam też niż przeciwko ponad trzygodzinnych filmom bollywoodzkim, ale jak nic drażni mnie wydłużanie filmu absurdalnymi scenami tylko po to, żeby właśnie tyle trwał. Żeby choć śpiewali, pląsali, dowcipkowali w nich, to bym się nie skarżył, że tak naprawdę można to wyciąć z filmu i żadnej różnicy poza jego długością nie będzie. Ale tutaj jest tylko kilka niepotrzebnych i nudnych wątków, które poza nudą nic do filmu nie wnoszą. Kiedyś Alf wpychał na siłę jeden kawałek układanki w całość, walnął parę razy łapą i voila, wlazło. W „U, Me…” jest masę takich wepchanych na siłę scen i wcale nie jest tak śmiesznie jak w Alfie:
– Brawo, teraz Myszka Miki ma oko w nosie.
– Będzie mogła zobaczyć to, co poczuła.
W „U, Me…” zamiast tego mamy grubaska, który chce się nauczyć podrywać dziewczyny. Konkretnie jedną, ukochaną. I co? I nic. Po tym oświadczeniu znika na zawsze.

A już scena kąpieli dziecka ciągnęła się w nieskończoność.

2(6). Na szczęście „Umrao Jaan” zaczyna się lepiej, ale o tym przy innej okazji.
(655)

PS. Ale może komuś, kto nie lubi Bollywood się spodoba 😉 bo Bollywoodu to tam niewiele. W zasadzie to normalny film. Nudny i zły normalny film 😉

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.