Trzy albo i cztery w jednym (2)

„The Oxford Murders”

Po raz pierwszy z filmami Alexa de la Iglesii miałem do czynienia przy okazji „Dnia bestii”… Rozkręciła się chłopina tych filmów ostatnio. Co trochę mam okazję do tego wstępu i strzelenia peanu na temat „Dnia…” właśnie. I dodania marzenia, że wciąż czekam na równie dobry (albo i lepszy!) film tego hiszpańskiego reżysera. Teraz obejrzałem „The Oxford Murders” i dalej czekam, czekam, czekam…

Bohaterem filmu jest młody student matematyki Martin (Elijah Wood), który przyjeżdża na uniwersytet w Oksfordzie, aby napisać tam magisterkę pod okiem swojego wielkiego matematycznego idola, Arthura Seldoma (John Hurt). Martin zatrzymuje się u pewnej starszej pani, którą parę dni później znajduje martwą. Profesor Seldom odkrywa przed policją, że to początek serii i że wkrótce należy się spodziewać kolejnego zabójstwa…

TOM to ekranizacja powieści Guillermo Martineza, której oczywiście nie czytałem (wiem, wiem, żadem powód do chwały). Po obejrzeniu filmu stwierdzam, że jej przeczytanie może być naprawdę niezłym pomysłem. Paradoksalnie, bo film jest do dupy. No może nie do dupy, ale dobry też nie jest i tak na czuja myślę, że po prostu nie dało się dobrze przenieść na ekran dobrej książki. Za dobrej na zrobienie z niej filmu. W końcu w książce można przez parę stron wytłumaczyć pewne zawiłości, a w filmie? Szczególnie, że są to zawiłości matematyczne… W filmie matematyczne teorie brzmią jak bełkot i można co najwyżej udawać, że się rozumie, co się przed chwila usłyszało. Ktoś powie, że za głupi jestem, żeby zrozumieć i dlatego tak teraz pisze. Może, ale mnie się wydawało, że filmy się kręci dla wszystkich, a nie tylko dla matematyków. A skoro ten film jest mądry, to czemu mi próbują wmówić, że mózg całej intrygi zupełnym przypadkiem narysował rybkę dalej nie wiedząc do czego to wszystko prowadzi. A dziwnym trafem prowadziło do znanego ciągu, który można było odnaleźć biegając pół minuty po bibliotece. Podświadomość pewnie… No, ale może coś mi umknęło i przesadzam troszeczkę.

Zresztą, może i przesadzam czepiając się szczegółowo intrygi, ale nie zmienia to faktu, że cały film jest średnio udany nie tylko pod względem scenariusza, ale wykonania w ogóle. Momentami przypomina telewizyjne opowieści o Herkulesie Poirot (tak, wiem, najpierw była książka ;P) i to nie jest złe, jeśli jest się filmem telewizyjnym. Ale jeśli jest się międzynarodową koprodukcją z udziałem znanych i cenionych aktorów to można spodziewać się więcej niż gęba ruskiego studenta, który jest postacią równie irytującą, co i źle zagraną.

No i kurde, kto wymyślił, żeby z Elijaha robić sex machine? Nie no, ja chłopaka lubię, nie mam do niego awersji po Frodzie, a w „Green Street Hooligans” kupiłem, że się nadaje na brytyjskiego hoolsa, ale że tak wszystkie laski od razu na jego widok moczą majtki, to nie kupuję. Szczególnie, że gdy się rozebrał przy Leonor Watling, to się modliłem, żeby go samymi piersiami nie zgniotła. Śmiech na sali, serio, serio. Ewentualnie jakieś kompleksy leczę ;P

No, ale… Leonor Watling… największy atut tego filmu…

02
04

06

08

10

Za mało thrillera (rozwalały mnie na kawałki te momenty, w których któryś z bohaterów po prostu szedł, a muzyka grała taka jak gdyby właśnie w ciemnym zaułku z siekierą w łapie skradał się do swojej szesnastej ofiary; very funny), za dużo farsy i niezamierzonej komedii (ewentualnie przyjmuję wytłumaczenie, że to było zamierzone, ale kurde, nikt nie zauważył, że nie pasuje!)… Ogólnie wysłałbym twórców tego filmu na nauki do Polańskiego („Dziewiąte wrota”). 2+(6)

Ale ja tu pitu pitu, a na IMDb znaleźli odpowiedź na moje żale: „People who dont like this film are bad at math and have no sense for the beauty of mathematics, numbers, logic”. No i wszystko jasne.

***

I teraz już naprawdę szybko…

„Facet pełen uroku” [„Good Luck Chuck”]

Tytułowy bohater filmu, Chuck (Dane Cook) ma pewien dar, choć jeszcze o tym nie wie. Wiedzą o nim natomiast kobiety, które pragną wykorzystać ów dar dla swoich potrzeb. Otóż okazuje się, że wystarczy się przespać z Chuckiem, a następny mężczyzna, którego się spotka, będzie tą przysłowiową druga połówką przeznaczoną na całe życie. No romantycznie tak. Chuck się jednak zakochuje i musi kombinować cóż tu robić, żeby nie przespać się ze swoją ukochaną. Przynajmniej do czasu jakiegoś rozwiązania problemu.

Dawno oglądałem, nie pamiętam szczegółów. Pamiętam, że Asiek chciała obejrzeć jakąś lekką komedię romantyczną, próbowaliśmy kilka tytułów (na przestrzeni kilku podejść) i jakoś tak ze zrezygnowaniem wskazałem palcem na ten tytuł (choć pamiętałem, że gambit opowiadał mi coś o oralnym seksie z pingwinem, a to pod romantyczność nie podchodziło; z mojego punktu widzenia przynajmniej; nie no, nie żebym miał coś przeciwko pingwinom…) i się „przyjął”. Obejrzeliśmy do końca, pośmialiśmy się (Asiek bardziej, szczególnie z ciężkich przypadków głównej bohaterki filmu granej przez Jessikę Albę, które to ciężkie przypadki z kimś Jej się kojarzyły, ale nie chciała powiedzieć z kim ;P), pozamykaliśmy oczy mówiąc „fuuj” (też głównie Asiek… no dobra, tylko Asiek) i bez problemu dotrwaliśmy do końca, a było już grubo po północy. W związku z czym seans można uznać za sukces.

Sporo w GLC było o seksie, a nie tylko o nim wspominano, ale i uprawiano, więc na pewno nie jest to komedia dla dzieci i młodzieży (choć w dzisiejszych czasach…), ale z drugiej strony „Lodów na patyku” XXI wieku się nie spodziewajcie. Ot taka „erotyczna” phi komedia, jakie czasy. Zresztą skoro my ją oglądaliśmy w wersji unrated, to wniosek prosty, że istnieje też łagodniejsza wersja pozbawiona zbytniej pikanterii. I w sumie chyba będąc wyjątkowo pruderyjnym warto po nią sięgnąć, bo i bez epatowania seksem GLC może rozbawić i rozluźnić. Tylko po co oglądać wersję bez epatowania seksem skoro można zobaczyć wersję z epatowaniem seksem? ;P Tak czy siak 4(6).
(653)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl